18 lat, zbyt wiele marzeń, planów, wspomnień. próba uporządkowania życia po tym jak wszystko się w nim zawaliło. pamiętnik licealistki, która nie wie czego chce, ale wciąż tego szuka.

Wpisy z tagiem: D

niedziela, 15 kwietnia 2012

Ostatnie dwa dni potwornie intensywne. Piątek - najpierw szkoła, zaraz potem praca. Sobota - targ, no i znowu. Jak wracam do domu to nóżki już z lekka odpadają, ale cóż... bywa.

Z ciekawych przypadków w piątek restaurację odwiedziło dwóch Włochów, którzy liczyli na to, że po pracy wyskoczę z nimi do klubu, a wczoraj dwie Hiszpanki i znów dwójka Włochów - śmiali się, że jestem 'poliglotką', kiedy poza gadaniem po angielsku wtrąciłam jedno jedyne hiszpańskie słowo jakie przyszło mi po 3 latach nauki do głowy: cerveza. Ciężko mi się zbierało od nich zamówienie, bo co chwila przełączali się z angielskiego na swoje języki, ale i tak jak zwykle rozweseliła mnie możliwość użycia obcego języka w 'prawdziwym' życiu.

Wczoraj, kiedy już myślałam, że niedługo będę się zbierać (dochodziła 22) inteligentnie wpadłam na to, żeby zapytać do której właściwie mam siedzieć. Okazało się, że do zamknięcia. Czyli teoretycznie do 23, w praktyce co najmniej pół godziny dłużej, bo jeszcze trzeba posprzątać. Jak jeszcze usłyszałam, że grupka chłopaków siedząca przy jednym ze stolików poprzedniego dnia nie zmyła się do 1 to myślałam, że się załamię. Ale jak to stwierdził później szef, widzieli jak ziewam, zlitowali się i poszli grzecznie wcześniej. Przy czym i tak już wszystkie autobusy jadące do mnie dawno zwiały więc musieli mnie z szefową odwieźć.

Najpopularniejszą potrawą jest u nas placek po węgiersku. Do tego stopnia, że pod koniec dnia gdy przychodzi się do kucharza z karteczką z tym właśnie zamówieniem to jest szczęśliwy jak uczeń IIIa, który po nadrobieniu wszystkich zaległych wypracowań z angielskiego dowiaduje się, że kiedy go nie było przez tydzień zadano kolejne dwa. Albo nawet bardziej.

Wciąż toczę ciężkie boje z automatem do lodów. I ciągle przegrywam. Biorąc pod uwagę w jakim składzie będziemy pracować dzisiaj to już chyba będę musiała zacząć wygrywać, bo inaczej będzie baaardzo źle.

A tak w ogóle to potrzebuję randki. Nielimitowanej czasowo, porządnej randki. Aż zaczynam rozważać czy nie zrobić sobie mocno spóźnionego dnia wagarowicza. Albo najlepiej dwóch. Ewentualnie...

odmóżdżona z lekka, ale wciąż się trzymam

Julia

środa, 14 grudnia 2011

Stosunkowo udany dzień w szkole należy uczcić. Najlepiej złojeniem tyłka swemu chłopcu w scrabblach. Pisać mi się nie chce, za to możecie popatrzeć.

Julia

piątek, 18 listopada 2011

Dziś koło godziny 18, esemesowa wymiana zdań:

- chciałabyś się spotkać?

- kiedy?

- wyjrzyj przez okno swojego pokoju :D

Co prawda nie czekał tam z gitarą, na serenadę nie miałam co liczyć, ale i tak... moja potrzeba romantyzmu została zaspokojona. Sekundę później oczywiście wpadłam w popłoch - w pokoju bałagan, włosy tragiczne, Siostra swoje właśnie farbowała... Apokalipsa, ot co. Zaczęłam wrzucać na siebie ciuchy coby wybiec przed klatkę na spotkanie, Mamita postanowiła dorzucić swoją cegiełkę do budowania romantycznej atmosfery wręczając mi worek ze śmieciami i rozkazując się ich pozbyć po drodze. No świetnie.

- to dla ciebie (wręcza mi żółciutki liść kasztanowca)

- chodź, wyrzucimy śmieci.

- ponieść ci worek? (gentleman)

Dalej było wspólne oglądanie Pingwinów z Madagaskaru, TBBT i Dwóch i pół (Siostra nie dość, że zaszczyciła nas swoją obecnością to jeszcze przyniosła chrupki!), pyszna kolacja zrobiona przez Mamitę, fascynowanie się kotami, niezwykle poważne rozmowy z Aerosmith w tle i uderzenie okrutnej rzeczywistości -> czas powrotu póki jeszcze autobusy jeżdżą częściej niż co 2 godziny.

Z zadowoleniem stwierdzam, że co jak co, ale chłopak to mi się całkiem udany trafił (oczywiście wmawiam sobie też geniusz moich umiejętności wychowawczych).

zaskakujmy się!

Julia

PS. dla tych, którzy wciąż nie czają niezwykłości wydarzeń dzisiejszego wieczoru: D. mieszka bardzo daleko ode mnie (trza się tłuc komunikacją miejska min. 50 minut, a jak się ma pecha to nawet z 1,5h) i jeszcze dodatkowo miał być w tym czasie na koncercie.

wtorek, 11 października 2011

notka zaczęta parę dni temu, dokończona dziś. jeszcze tak wiele do nadrobienia mam, eh...

W środę zakończyłam mój wspaniały, rozkosznie darmowy, dwuletni kurs angielskiego. Za więcej mi już kochana Unia nie zapłaci i właściwie nie wiem co dalej - czy szukać jakiegoś innego na ostatnią chwilę, czy może spróbować zmobilizować się sama i popracować nad angielskim w domu...? Nie mam pojęcia.

Ale chyba zdecyduję się na to drugie, bo teraz nie trzeba mi parcia dalej, a raczej uzupełnienia braków. Mogłam sobie być na poziomie 'Pre-Proficiency' i zdawać test kończący kurs na akceptowalne (choć nie powalające na kolana) 60%, ale to nie zmienia faktu, że w świecie gramatyki poruszam się częściej instynktownie niż kierowana nabytą wiedzą, a to nie jest zbyt dobre. Szczególnie jeśli robię tak od samego początku (obudzona w środku nocy nie wyrecytuję wam regułki na użycie Present Simple, prędzej tępo zapytam czy to ten z 'es' czy 'ingiem').

Mogłabym oczywiście poprosić D. o pomoc, ale nie wiem czy to dobry pomysł. Od kiedy jesteśmy w tej samej grupie na angielskim w szkole jego przekonanie o tym, że to ja jestem lepsza w tej kwestii musiało się rozprysnąć na miliony kawałków rozczarowania. Bo spoko, mam certyfikat potwierdzający moją wspaniałość, ale to D. poprawia napisane przeze mnie  wypracowania dla cudownej p. prof., odkrywając przy tym bezmiar mej gramatycznej niewiedzy. A ja za to się peszę i tracę pewność siebie do tego stopnia, że przeczytanie kilku głupich zdań na głos na forum klasy mnie stresuje. Poza tym, nauczona doświadczeniem z wszelkich prób uczenia siebie nawzajem czegokolwiek* mogę stwierdzić, że i tym razem skończyłoby się to wolą mordu u jednego  z nas (jeśli nie u obojga).

Pozostaje mi chyba jedynie walka z samą sobą. Trzeba by znaleźć te pokłady chęci do nauki, które podobno gdzieś tam we mnie się chowają (powiedziałabym gdzie, ale jako dobrze wychowana młoda dama nie powiem) i wziąć się do pracy. Taaak.

addle-head

Julia

* wyjątek: całowanie, ale w sumie w moim przypadku to był kurs niemal od podstaw

niedziela, 25 września 2011

Przyjazd D. jako lek na całe zło wszechświata.

Spacer podczas którego nie byłam pewna gdzie właściwie idziemy - nieważne, że to ja pełniłam rolę przewodnika.

Ogrom jedzenia na obiad, bo Mamita i Siostra wychodzą z założenia, że skoro D. jest rodzaju męskiego to powinien jeść jak górnik przed szychtą.

Billie Holiday, Lykke Li, Oh Land.

Wiersze przegryzane jabłkami.

I różne takie.

jutro szkoła? no co wy

Julia

piątek, 09 września 2011

Pierwszy pełny tydzień nauki w klasie 3 przeżyłam. Może i od poniedziałku do środy byłam kompletnie pozbawiona świadomości - co robię, po co i dlaczego nie mogę jeszcze iść spać - to i tak oceniam całość dość pozytywnie. Nawet dwie piąteczki już się koło mojego nazwiska zapisały :) - z aktywności z etyki tak na zachętę (powtórzenie od samego początku pierwszej klasy, nie miałam zeszytu, ale okazało się, że coś tam jeszcze pamiętam; siedzi człowiek spokojnie w ławce a tu nagle słowo anamneza zaczyna mu się po głowie tłuc) oraz zadania domowego z polskiego. Z tym zadaniem to w ogóle było tak, że uznałam, że szybciej będzie je napisać niż przeczytać Jądro Ciemności, więc tak zrobiłam i zgłosiłam się tylko po to żeby nie wpaść z nieprzeczytaniem lektury.

Jak już jestem przy w/w lekturze to muszę stwierdzić, że o ile w tygodniu próby jej przeczytania szły mi bardzo źle i zdążyłam zaliczyć ją do kategorii beznadziejnych, okazało się, że pochopnie. Wystarczyło pozytywne nastawienie, trochę snu i dobra kawa żeby książka wciągnęła mnie do tego stopnia, że prawie przeoczyłam swój przystanek. Bo to naprawdę niezłe jest, coby nie powiedzieć świetne. Troszkę schizolskie może, ale jednak daje człowiek radę się jakoś w tę historię wgryźć.

 

Tak w ogóle to chciałam zauważyć, że dziś jest 9 - część z was pewnie domyśla się co to oznacza. Kolejna miesięcznica, 11, jakkolwiek nie byłoby trudno w to uwierzyć. Jeśli się nie pomyliłam w obliczeniach to jest to 5% mojego dotychczasowego życia. Ładnie, ale jak to stwierdzamy co miesiąc 'pora zrywać'.

monogamia nie jest taka straszna

Julia

środa, 17 sierpnia 2011

Na (jeśli dobrze pamiętam) 11 urodziny dostałam portfel. Był, jak wtedy sądziłam, piękny: fioletowy, z wstawką imitującą owczą wełnę oraz zielonymi frędzlami, z Nici - każdy w klasie wtedy coś z tego miał. Bardzo szybko portfel podobać się przestał, a i jakoś nie było co w nim nosić (drobne na słodycze zawsze fajniej w kieszeni). Odgrzebany został w gimnazjum i niemal natychmiast pozbawiony paskudnych frędzli. Od tamtego czasu stał się moim stałym portfelem, bo nigdy właściwie nie było mi po drodze kupić nowy.

Aż do dziś. Nie wiem czy go zgubiłam, czy ktoś podstępnie go podpierdolił ukradł w którymś z przeuroczych środków komunikacji miejskiej, które zaszczyciłam dziś swoją obecnością. Wiem, że go nie ma. A wraz z nim biletu miesięcznego, legitymacji, ok. 15zł, karty do biblioteki, zdjęć D., A. zwanej D. i Aś, wypełnionego kuponiku na kawę w McD, który to miałam w końcu zrealizować, świętych obrazków z czasu gdy nie uciekałam z domu na hasło 'kolęda', plastikowego czegoś - pamiątki z imprezy w Lubece (nie, nie tej kiedy ja z nieznajomym Niemcem...), oraz pewnie jeszcze wielu innych rzeczy, których nie mogę sobie przypomnieć.

Co ciekawe - nie rozpaczam. Tzn. nie ma szlochów, jęków i ataku nerwicy. Jasne, kiedy zauważyłam brak portfela, a także kiedy straciłam nadzieję na jego odnalezienie miałam ochotę się rozpłakać i w dalszym ciągu trochę mnie to smuci. Dzisiejszy dzień był jednak zbyt udany, by nawet tego typu strata mogła mi go zepsuć.

Wybierając się do D. odkryłam w jednym z osiedlowych sklepów obecność czekoladek firmy Skawa, które znajdują się u mnie na liście tzw. smaków dzieciństwa, w kategorii wakacyjnych. Kupowałyśmy je z siostrą w małym wiejskim sklepiku na zadupiu, gdzie spędzałyśmy każde wakacje do hmm... 10? 11? roku życia. Zmieniło się co prawda opakowanie (kiedyś | dziś), lecz w środku wciąż są takie jak były, może tylko modele samochodów troszkę nowsze. To pierwszy raz kiedy udało mi się je upolować poza Małopolską, albo właściwie pierwszy poza tamtym sklepem. W smaku niby bez rewelacji, ale no... autka! [rozanielone dziecko mode on]

Na dzisiejszy dzień D. zaplanował dla nas piknik, a że ja w końcu dałam się zaszantażować i włożyłam krótkie spodenki, to właściwie więcej chodziliśmy niż siedzieliśmy (no bo w ruchu ponoć bardziej się człowiek opala). Z resztą, to zadupie, znajdujące się co prawda wciąż na terenie jego miasta, przypominało mi bardzo kilka miejsc, w których zwykłyśmy z Mamą i Siostrą robić sobie wycieczki, właśnie tam gdzie spędzałam wakacje jako dziecko. Nawet jeśli w pewnym momencie musieliśmy się wracać spory kawałek, bo okazało się, że D. pomylił drogę (bronił się później, że się zapatrzył na nóżki) i tak było cudownie. Jak człowiek tak chodzi i chodzi, to może i przez chwilę jest zmierzły ze zmęczenia, potem jednak wchodzi w rytm i owe zmęczenie akceptuje.

Brak portfela zauważyłam dopiero gdy wsiedliśmy do autobusu powrotnego (chciałam pochwalić się kierowcy biletem) i zmusił on nas do szybkiej ewakuacji z autobusu i marszu z powrotem na pola. Przedstawiając dość logiczny argument, że jeśli pójdzie sam i zostawi mi rzeczy to będzie szybciej, D. poleciał na poszukiwanie mojej zguby (później zdradził mi, że przewidział po prostu, że zrozpaczona wpadnę w złość i będę wyładowywać ją na nim, co doprowadziłoby do strasznej kłótni). Ja zostałam na przystanku i zasadniczo nie robiłam nic poza stanowieniem dość żałosnego widoku, oraz próbowaniem przypomnieć sobie kiedy ostatni raz widziałam portfel.

Po godzinie D. wrócił z pustymi rękoma, więc pojechaliśmy do niego na dość już spóźniony obiad, podczas którego po raz pierwszy usatysfakcjonowałam jego mamę zjadając całe dwa dania (a że dotoczyć się potem do pokoju było ciężko, to cóż...). Potem grzecznie zwinęłam się do domu i... oto jestem i piszę tę strasznie długą notkę.

Z ciekawych informacji: moja Siostra wygrała dziś suszarkę i dwa dmuchane foteliki dla telefonów (tzn. suszarka jest dla ludzi). Na pocieszenie dała mi jeden z tych fotelików - pewnie mój telefon często na nim 'siedział' nie będzie, bo ma tendencję do gubienia się w mieszkaniu gdy tylko choć na chwilę wyjmę go z kieszeni, ale i tak, ładny gest.

Nie gubcie się!

nieostrożna, nieuważna, nieodpowiedzialna i wgl bardzo nie

Julia


poniedziałek, 09 maja 2011

Rozmawiałam z D., o blogu. Że jaka to szkoda, że go tak porzuciłam, bo miałam (jego zdaniem) sporo czytelników i w ogóle. Ja na to, że to jakoś mało prawdopodobne skoro gdy pisałam to byli tak że ich nie było (inaczej nie da się tego powiedzieć).

D.:

może to po prostu taki syndrom... e, wybacz za porównanie, kompotu u babci
22:38:43
ja osobiście nie jestem fanem i mi to zwisa jak sobie jest
22:38:52
ale jak nie ma to kurcze, zaczyna mi jakby czegoś brakować
22:39:09
może nie byli to najaktywniejsi czytelnicy
22:39:29
ale miałaś jakieś tam miejsce w ich głowach
22:39:39
eh, nie umiem metafor dawać
22:39:44
albo jak teleranek!

Tak więc, dla tych, co tęsknili za kompotem: 'dobra' wiadomość - powróci (do momentu aż mi się nie znudzi). Tak samo paskudny jak zwykle (osobiście kompot znam tylko z przedszkola oraz Wigilii i  z a w s z e  był tak samo obrzydliwy), ale jednak.

Oczywiście robię to dla siebie, nie ze względu na sugestię tego osobnika rodzaju męskiego, który od 7 miesięcy dostępuje zaszczytu przemierzania ze mną szkolnych korytarzy trzymając się za rączki (i na tym mniej/więcej jego zaszczyty się oczywiście kończą).

do jutra. chyba że siebie i was właśnie okłamuję

Julia

czwartek, 07 kwietnia 2011
a potem pobiegam sobie z nożem w plecach
niedziela, 27 marca 2011
 
1 , 2 , 3
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Gry Online
Fight World Hunger