Wpisy z tagiem: impreza
niedziela, 08 stycznia 2012
Zakupy z A. zwaną D. bardzo udane. Z jej strony stanik i buty na studniówkę, z mojej bolerko do sukienki, torebka (bo moja aktualna szkolna wygląda coraz bardziej przerażająco) i piękny kalendarz (bardzo książkowy) żebym w końcu zaczęła zapisywać rzeczy, o których wypadałoby pamiętać. Jeszcze tylko buty na studniówkę i koniec z zakupami, bo roztrwonię całą kasę, którą mam przecież przyoszczędzić w bardzo ważnym celu.
Później dałam się namówić na imprezę (zwykle nieszczęśliwie się składa, że jak ktoś chce gdzieś iść to albo nie mam czasu, albo nastroju), również całkiem niezłą. Może i muzyka nie powalała na kolana, ale co tam. W planach na dziś miał być teatr z A. zwaną D., ale niestety spektakl został odwołany. W takim razie czeka mnie wyprawa do cioci na przeróbkę sukienki. Właściwie to musiałabym już się zbierać... mmm, przyjemnie jest Julia
sobota, 17 września 2011
Wśród chłodu wrześniowego poranka, przez mgłę niczym z "Jądra ciemności", przebijają się dwie postacie - kobieca i męska. Obydwoje młodzi, spowici w ciemne ubrania, skrywają dłonie w kieszeniach. Na ich twarzach maluje się nieprawdopodobne zmęczenie, jak gdyby przez długi czas nie było dane im zaznać snu. Jakby nieprawdą było, iż jeszcze kwadrans wcześniej błądzili po krainie marzeń i koszmarów. Z jej ust wypływają wartkie potoki słów pozbawionych znaczenia, nawet jeśli wyrażają zmartwienie faktem, iż on, zbyt lekko jak na panujące warunki atmosferyczne odziany, marznie z jej winy. Jej sumienie szybko zostaje jednak ukojone zapewnieniami, iż mężczyzna nie obwinia jej za to. Mijając kolejne uśpione domostwa, kierują się ku opustoszałej drodze, odprowadzani szczekaniem psów i spojrzeniem małego czarnego kocięcia skulonego przy jednym z płotów, mających stanowić granicę między rodzinną prywatnością a życiem publicznym. Celem ich wędrówki jest samotny przystanek - odjadą z niego razem, niewielkim żółtym autobusem, w którym zmuszeni będą niechętnie się rozdzielić. Jedynym co osładza im ból rozłąki jest wizja powrotu do swych przytulnych, ciepłych mieszkań i własnych łóżek, które zadadzą kres zmęczeniu. Gdy pojazd przystaje i otwiera przed nimi drzwi, wsiadają nie oglądając się za siebie. Tak dziś rano wracałam z D. z wczorajszo-dzisiejszej imprezy, która wypadła dość hmm... średnio. Bywały momenty naprawdę świetne, lecz również takie, w których zastanawiałam się co ja tam właściwie robię. Na plus oczywiście, że pozostałam wierna sobie i nie 'odpłynęłam'. No i tańczyło się fajnie - rzadko to robię i jeszcze dość marnie, ale chłopcy byli wyrozumiali (Ch. królem parkietu, któż by się spodziewał). Próbowałyśmy z dziewczynami nauczyć B. ruszania biodrami podczas tańca, momentami nawet nie szło mu to tragicznie. W trakcie 'nauki' wręcz zabił mnie tekstem: "jak robisz takiego snake'a to się czuję jakbym był w Slytherinie". Z D. też się oczywiście sporo pobujaliśmy. Najbardziej godne zapamiętania będzie jednak Careless Whisper, podczas którego okazało się, że jakoś nie wiadomo skąd znam cały tekst i po właściwie przyrządzonym drinku bardzo chętnie go śpiewam wtulona w silne męskie ramiona (we własnych uszach brzmiałam wtedy fantastycznie, D. dyplomatycznie utrzymuje moją wersję). Przy okazji muszę powiedzieć, że o ile przy takich właśnie 'starociach', nie ważne gdzie i z kim, zawsze mogę się świetnie bawić, to jeśli chodzi o aktualne hity... zupełnie nie dają rady. O tym co mi się nie podobało może nie będę się rozpisywać (jednej osobie będę miała co nieco do powiedzenia, ale poza tym to wszystko nieistotne). Najważniejsze, że solenizant sprawiał wrażenie zadowolonego i obyło się bez dramatów. Prezenty chyba też mu się spodobały - co tam płyta, bilet na koncert, gumowy chiński osioł przebił wszystko. Przy okazji po raz kolejny wyszło jak słabo zapamiętuję ludzi. Imion kolegów gospodarza imprezy, których wtedy dopiero poznałam, nie pamiętałam już w chwilę po tym jak je wypowiadali. Powtórnie przedstawiłam się Z. od K., którą miałam już raz okazję spotkać i to całkiem niedawno, bo miesiąc temu - i nie jest to pierwsza taka moja wpadka. Może to troszkę kwestia tego, że często ktoś zostaje mi przedstawiony a potem nie zamieniamy ze sobą ani słowa i zwyczajnie jakoś wymazuje mi się z pamięci. Z zapamiętywaniem z wyglądu to też różnie bywa - albo ktoś mi mignie tylko przez chwilę, albo zwyczajnie wygląda potem inaczej (Z. np. zapamiętałam jako niewysokie dziewczę dobrze prezentujące się w bikini, więc usprawiedliwiam się, że mogło mi zająć chwilę skojarzenie utrwalonego jej obrazu ze stojącym przede mną, wystylizowanym na lata 70/80). Tak właściwie to tyle na dziś. jaki krótki ten weekend Julia
wtorek, 13 września 2011
Nawet grzecznym dziewczynkom zdarza się czasem do szkoły nie dotrzeć. Czasem nawet w planach mają odpuścić sobie nie dzień, lecz, och jakież szaleństwo, dwa. Na podreperowanie gardła i psychiki. Z tą drugą gorzej, wręcz krzyczy o słoik nutelli. Mając jednak w pamięci jak krótki był żywot poprzedniego... Pojawił się bowiem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie i spotkał go dość smutny los - jego zawartość zniknęła w żenującym dla mnie czasie 3 dni (tak, rekord; tak, palcem). Pan Doktor od Gardła próbował dziś ukrócić moje dzieciństwo, subtelnym przekazem 'rocznik 93? to nie do mnie, ja jestem pediatrą, do widzenia'. Pani z rejestracji przekonała go jednak, że jak nie mam skończonych 18 (a wyglądam tak btw na 14 w porywach 16) to jednak wypadałoby mnie nie wyrzucać za drzwi. Poza tym otumaniam się serialami i mierzę się z myślą, że trzeba by otworzyć jakąś książkę, albo zrobić zadanie... Ale nie, nie chce mi się. Mój umysł tymczasowo zamknięty jest na wiedzę. i na wiele innych spraw Julia PS. Mamita wyraziła zgodę na imprezę w piątek, o ile będę się dobrze czuła. Może to by mi poprawiło nastrój...? Pozostaje jednak kwestia stroju - motyw przewodni lata 70/80 - ma ktoś jakieś (normalne) pomysły?
sobota, 09 lipca 2011
Na wstępie powiem (napiszę) tak: 1 dziewczyna na 10 (11?) chłopaków to świetny pomysł na imprezę. Już na początku w owej dziewczynie obudziły się wspomnienia z czasów kiedy to była tak fajna, że miała kumpli, a nawet bywało, że przyjaciół, rodzaju męskiego. Kolejnym dobrym pomysłem było to, że większość z owych chłopców miałam już okazję poznać, więc nie było takiego dzikiego stresu jak np. wtedy przed sylwestrem. Przed wyjściem przypomniała mi się opowieść Mamity jak to kiedyś była na bardzo męskiej imprezie i jak to pod wpływem procentów niemal wszyscy panowie zaczęli jej się żalić na rodzaj żeński (bo my złe jesteśmy, oj straszne). I tu się bez tego nie obyło, ale w jakiś taki uroczy sposób. Wyszło przykładowo na to, że faceci rwiący co popadnie i nie raczący nawet zapamiętać imienia wyrwanej dziewczyny (tzw. gracze) to wszystko konsekwencja jakiś paskudnych dziewuch, które to ich strasznie zraniły. Poza tym jeden znów ma złamane serce (na brak zainteresowania nie narzeka, ale jak mu już któraś zakręciła w głowie to uznaje go za przyjaciela; znowu), inny właśnie zbiera się po rozstaniu... (a związek był to jeden z takich, że jedno bez drugiego ciężko było sobie wyobrazić; ale przynajmniej ma chłopak właściwie podejście do sprawy) Ale, żeby nie było, zamulasty ciąg wylewania żalów to to nie był, oj nie. Towarzystwo charakteryzowało się przykładowo wielkim zamiłowaniem do śpiewu i umiejętnością doboru właściwego repertuaru (balkonowe Whisky wysokiego M., eh... [wzdycha z rozmarzonym wyrazem twarzy]). Nie obyło się bez kart - kiepsko mi szło, bo potrzebny był refleks a z tym nigdy zbyt dobrze nie było, ale pocieszał mnie fakt, że ktoś jednak radził sobie gorzej. Minusem był fakt, że od pewnego momentu co jakiś czas ktoś się zmywał i tak jakoś się nas robiło coraz mniej i mniej, aż w końcu (po zmartwychwstaniu pewnego łazienkowego okupanta) została tylko trójka (w tym śpiący gospodarz imprezy - dementuję plotki jakoby zasnął na skutek hmm... przebywania ze mną sam na sam w sypialni; w życiu nie wszystko jest takie jakie się wydaje, o!). Ja sama zmyłam się dopiero o poranku coby się jakoś w domu pozbierać. Uh, dobra, dziwna ta notka, ale pewne rzeczy ciężko opisywać, a i ja wątek tracę co chwilkę. jak mi się czekolady chceee Julia
czwartek, 07 lipca 2011
A. zwana D. domagała się notki więc proszę bardzo, jest notka. Odwyk od komputera niezbyt długi może, ale bardzo dobrze mi zrobił. Sporo czytałam - nareszcie dokończyłam pierwszą część 1Q84 (świeżo nabyta część druga czeka), odkryłam takiego pisarza jak Mario Vargas Llosa (przez Raj tuż za rogiem mam teraz silną potrzebę dowiedzenia się jak to było na prawdę z Paulem Gauguin) i skubnęłam jeszcze troszkę Hornbiego, a jego to jak wiedziecie: zawsze, wszędzie i bardzo chętnie. Diety, ćwiczenia oczywiście... Kochanego ciałka nigdy za wiele, prawda? (wymiennie ze "słodki ciężar nic nie waży" jak się komuś wpakuję na kolana). Oh, i była jeszcze impreza. Tego się nie spodziewaliście, co? Najmniej imprezująca siedemnastolatka w Polsce uznała bowiem, że raz do roku wypadałoby gdzieś wybyć i że wyjazd rodziców A. zwanej D. do Grecji uczcić trzeba i odpuszczając sobie wymigiwanie się grzecznie pojawiła się na długo planowanej domówce. Z imprezy do odnotowania rzeczy następujące (znalazłoby się więcej ale część jest mało odpowiednia jeśli chodzi o publikowanie nawet na tak mało poczytnym blogu): a) "pij, pij, będziesz łatwiejsza" w dalszym ciągu na mnie nie działa - radosna, nieogarnięta lub uroczo ziewająca owszem, ale żeby łatwiejsza to nie - hamulce mam mocne. Głowę ponoć też, ale osobiście uważam, że nie wypiłam na tyle dużo by można to było stwierdzić. b) śliczny chłopcze: gdy gin ci szumi w główce i właśnie wróciłeś z wyprawy do bloku obok w celu pojeżdżenia windą to po 3 powtórzeniu opowieści (jedziesz w górę... i jedziesz... i jedziesz.... i jest 10 piętro... i nic się nie dzieje! a potem jedziesz w dół... i w dół... i w dół... i dalej nic się nie dzieje!) i namawianiu coby ktoś poszedł pojeździć z tobą - daj sobie spokój, prosimy! c) Bee świetnie tańczy (szczególnie z chłopcami, których dziewczyny nie czują właściwego rytmu), a evergreeny z radia są lepszym podkładem muzycznym niż viva d) nic tak nie uruchamia instynktu macierzyńskiego i chęci wykarmienia całego świata jak nieporadny mężczyzna w kuchni (zaletą robienia ludziom jedzenia na imprezach jest to, że czego by im się nie podało i tak pochwalą, bo są tak głodni, że tost z serem i pizza z biedronki smakują lepiej niż dania w ekskluzywnej restauracji) e) poparzenie palca blachą spod pizzy jest jak rana wojenna (przynajmniej w przypadku D.) f) która godzina by nie była We are the champions zmusza do śpiewania g) kiedy chłopak marzy o tym by dwie dziewczyny rzuciły się na niego w łóżku raczej nie ma na myśli bezlitosnego łaskotania h) do tej samej rzeki można wejść i 3 czy tam 4 raz, czemu nie i) kiedy przyjaciółka gotowa jest cię znienawidzić na wieki za wystawienie po raz kolejny pojaw się znienacka a potem przytulaj aż skończy płakać (Aś to zawsze musi mieć mocne wejście, eh) j) po malowaniu mieszkania zostawiajcie resztki farby żeby można potem było domalować to co ze ściany zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach (ważne!) k) A. zwana D. i D. nadrobili odrobinę moje zaległości okresu dojrzewania ucząc mnie grać na PlayStation (gdybyście posadzili mnie i nietrenowanego szympanasa z konsolami w rękach gralibyśmy podobnie - cisnę wszystko jak leci i patrzę co się stanie a potem nie umiem tego powtórzyć).
A tak w ogóle to właśnie wróciłam z bardzo udanej nocki u A. zwanej D. - tosty hawajskie, tekken i Pod słońcem Toskanii. Skończyło się dość wcześnie, bo niektórzy są poważnymi młodymi ludźmi i maja stałą, odpowiedzialną pracę (tak, to wciąż nie o mnie). Ah, i Jagoda (kot który nie urósł) prawie zaakceptowała fakt mojego istnienia we wszechświecie - sukces ludzie, sukces! W temacie sukcesów - Mamita zgodziła się na moją obecność na jutrzejszej domówce u D. My też jesteśmy poważnymi młodymi ludźmi, ale tylko troszkę - udowodniliśmy to perfidnym telefonem z imprezy o 1 rano (Mamita sama mówiła, że zadzwoni tylko nie zczaiłam, że to taki żarcik był) i umiejętnością formułowania sensownych wypowiedzi. No i może też w sumie tym, że mimo naszych prawie 9 miesięcy razem nie usłyszała "zostaniesz babcią". Tacy jesteśmy, kurcze, grzeczni i odpowiedzialni.
Koniec notki, bo komu by się chciało takie długie to czytać. wy oczywiście też grzeczni, prawda? Julia PS. jak ja kocham nie wiedzieć jaki jest dzień tygodnia
niedziela, 02 stycznia 2011
sobota, 15 maja 2010
sobota, 08 maja 2010
piątek, 07 maja 2010
środa, 05 maja 2010
|
Zakładki:
Autorka szablonu
Czytam
Moje
Tagi
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||