18 lat, zbyt wiele marzeń, planów, wspomnień. próba uporządkowania życia po tym jak wszystko się w nim zawaliło. pamiętnik licealistki, która nie wie czego chce, ale wciąż tego szuka.

Wpisy z tagiem: film

poniedziałek, 13 lutego 2012

Panowie kręcący i montujący film ze studniówki uznali że moja twarz jest tak paskudna, że teraz podczas poloneza (jedyny fragment imprezy gdy byłam w ich polu widzenia) można wypatrzeć jedynie mój tyłek, łydki, plecy i fryzurę. Zachowali jednak ujęcia od frontu i pokazali je pani, która projektowała okładkę płytki i ta wpadła w tak ciężką depresję, że owa okładka wygląda jak wygląda (depresyjnie. marnie. zwyczajnie źle.). Ze zdjęcia klasowego (tego robionego z zaskoczenia) nie mogli usunąć mojej twarzy, ale na szczęście zamknęłam na nim oczy.

Poza tym o filmie ze studniówki mogę powiedzieć jeszcze, że:

a) początek wali bardzo ciężkostrawnym kinem "alternatywnym" po czym przechodzi w dokument o dziewczynie, która wstała rano i umyła zęby

b) w wywiadach z nauczycielami błyszczy p. prof., który swoją klasę określił, nie wprost oczywiście, jako bandę przeciętniaków, oraz nasza p. prof., która wyraziła żal, iż nie jesteśmy zżytą klasą (na początku wywiadu po mistrzowsku ucięło jej pół głowy - nawet najlepszym kamerzystom się zdarza)

c) powinnam była pozwalać A. zwanej D. ćwiczyć również rolę kobiecą w polonezie

d) G. i jego partnerka wyraźnie wpadli w oko kamerzystom (o, G. tańczy! i znowu! i jeszcze raz!)

e) żeby dobrze oddać klimat imprezy ujęcia podczas tańca powinny być ciemne, zamglone i chaotyczne

f) odpowiedź na pytanie 'za czym będziesz najbardziej tęsknić?' uczyniła z M. najbardziej pozytywną bohaterkę imprezy (odpowiedź brzmiała: 'za naszymi szafkami')

Więcej jak coś mi się przypomni. Chyba mam jutro gadać o teatrze japońskim na WOKu. Chyba nie mam póki co zbyt wiele do powiedzenia na ten temat.

Julia

niedziela, 18 grudnia 2011

Miałam się uczyć geografii. Wiecie, sprawdzian od początku roku, taki co to mógłby zawalić średnią. Poważna sprawa. Spojrzałam jednak na zeszyt i stwierdziłam, że:

a) nie posiadam połowy notatek (bo były gdzieś na kartkach albo nie było mnie na lekcji)

b) połowa z posiadanej połowy jest nieodczytywalna

c) nie umiem nawet połowy z odczytywalnej połowy posiadanej połowy.

Na skutek takiego odkrycia doszłam do wniosku, że się poddam i zaufam swojemu szczęściu - nigdy nie było tak źle żebym na 2 nie napisała (tzn. pewnie było, ale wypieram takie wspomnienia z pamięci).

No i się zaczęło. Poranne przerzucanie kanałów i złapanie samego początku VIII części Star Trek. Obejrzę, stwierdziłam, złapię sobie choć szczątkowy kontekst do oglądania TBBT. Minęło pół godziny i zaczynałam nawet czaić o co chodzi. No i oczywiście, jak to mam w zwyczaju, zastanawiałam się skąd kojarzę część aktorów (ostatecznie wyczaiłam: Betty Applewhite i tego kolesia który chciał zabić dziecko Suzan i Mike'a z Gotowych na Wszystko i prof. Xaviera z X-mena). Byłam dość uprzedzona do tego filmu, ale muszę przyznać, że nie był nawet taki zły. Może nawet obejrzę pozostałe części? Hmm...

Później - Zelig. Zaczęłam go oglądać wczoraj wieczorem, ale byłam tak zmęczona, że padłam w połowie. Aż mi głupio było przerywać tak fajny film, ale chyba jeszcze gorzej bym się czuła gdybym zasnęła podczas oglądania go (nie wiem co mnie tak wymęczyło wcześniej, eh). Genialna historia, świetny pomysł z użyciem konwencji filmu dokumentalnego. Póki co, ze wszystkich filmów Allena ten chyba podoba mi się najbardziej.

Na koniec, z innej bajki, Dreamgirls, bo takie zaległości też trzeba nadrabiać. Szału nie ma, ale obejrzeć można. Ładne piosenki, ładne buźki, ładne ciuchy, w tle niby bardzo poważna historia, ale jakoś się tego nie czuje.

Dałam odpocząć oczkom, pozajmowałam się czymś innym, a gdy chwilę temu znów odpaliłam laptopa, na stronie z zastępstwami powitała mnie informacja, że geografii jutro nie ma. Taaak, mój wybór sposobu spędzenia czasu był jednak właściwy.

Julia

niedziela, 18 września 2011

Jutro szkoła? Oh, jak mi się nie chce. Jakież to smutne, ta nieuchronność powrotu do szkoły, nawet Mathilda po przyspieszonym kursie zabijania koniec końców w niej wylądowała (taaak, Siostra nadrabiała dziś moje ewidentne braki znajomości filmów). Jeszcze jak mam sprawdzian z angielskiego w perspektywie... naprawdę się człowiekowi odechciewa. Pewnie gdybym się w jakikolwiek sposób do niego przygotowała byłoby spoko, ale zasadniczo mi się nie chce i przeczuwam powtórkę z zeszłego roku kiedy dostałam za każde zadanie połowę punktów, gdyż p. prof. uznała, że w moim słownictwie nie widać progresu. A progres to podstawa. To sens życia. Najwyższa wartość w marnej licealnej egzystencji.

Potrzebuję jakiegoś takiego kopa, zastrzyku energii by znowu mi się chciało czegokolwiek. A z tym ciężko, bardzo ciężko. Muszę znaleźć sobie coś na czym będzie mi naprawdę zależało i choć na chwilę skupić się na tym. Wiecie, mieć takie poczucie, że mam nad czymś kontrolę i że do czegoś zmierzam. Studia, dorosłość i takie tam - jeszcze nie czuję żeby to było to. Tak, pisałam to wiele razy, parę nawet udało mi się coś chociażby zacząć, lecz teraz... Nie wiem. Właściwie sama troszkę nie jestem pewna o co mi chodzi. Ale rozpracuję to jakoś. Chyba.

idę pomarnować troszkę czasu

Julia

PS. Nie bierzecie na poważnie tego co piszę, prawda? Nie ma takiej potrzeby.

PS2. Blox sabotuje moją dzisiejszą próbę wrzucenia notki - wywaliło mnie ze 3 razy podczas zapisywania zmian, nie chciało zalogować... Nieładnie, bardzo nieładnie.

niedziela, 19 czerwca 2011

Czasem nadchodzi taki moment, że choć znów namieszałam potwornie, nie mam już sił przepraszać i ganiać się byle tylko wszystko naprawić. Poukłada się, albo nie... czuję, że i tak nie mam na to wpływu. Mój los nie jest w moich rękach. To się chyba nazywa bezsilność.

Skupię się raczej na sobie, na tym żeby się jakoś pozbierać. Oglądam przegadane filmy - dla takich właśnie chwil powstały Dwa dni w Paryżu (zakochuję się w Julie Delpy, a raczej odnawiam fascynację po Przed zachodem słońca) i Rozmowy z innymi kobietami. Spędzam długie minuty podziwiając niedorzecznie pomarańczowy lakier na paznokciach, który jakoś niespodziewanie komponuje mi się z całkiem zadowalającą opalenizną. Pod ręką mam czekoladę. Gęstą, mleczną, uruchamiającą fabrykę wymuszonego szczęścia. Jutro pewnie znów nie pójdę do szkoły (ostatni raz byłam we wtorek, teraz to i tak już kompletnie bezcelowe) - pole magnetyczne generowane przez łóżko nie pozwoli mi odejść. W środę zmuszę się by wyjść, spędzę koszmarne pół godziny zastanawiając się w co się ubrać i stwierdzając, że w niczym nie wyglądam dobrze, a tak w ogóle to przecież miałam ćwiczyć.

A od czwartku... Tak, w czwartek wezmę się za siebie. Zdecydowanie. Będę biegać, pływać, katować się A6W czy co tam mi do głowy przyjdzie.

Tymczasem pogniję sobie jeszcze w pokoju walcząc ze sobą by nie zadzwonić, nie napisać... Kolejny raz. Już nie.

tęskniliście?

Julia

niedziela, 05 czerwca 2011

Wczoraj oczywiście o notce zapomniałam, więc nadrabiam teraz.

Ogarnęłam się podejrzanie szybko. Zakupy, sprzątanie i inne takie zanim Siostra i Mamita wstały. Nawet odpalony o 8 odkurzacz ich nie zbudził. Mistrzynie, eh.

Wypad na zakupy z A. zwaną D. - najpierw lump (zaczynam w nie wątpić ostatnio), później jeszcze nie aż tak przepełnione dzieciakami centrum handlowe. Łupy: ona - dwie bluzki bardzo w jej stylu, ja - przecudny błękitny stanik, który niemal wyzerował mój stan konta (w dniu 4 czerwca, przypominam, czyli świeżo po wypłacie kieszonkowego; gdzie się ta kasa rozchodzi to ja nie wiem). Ale jest piękny  i że tak powiem pochlebczy, gdyż na metce widnieje dumne 75B (zawyżyli numerację, ale i tak będę sobie wmawiać, że mi ciastka w cycki poszły).

Z dużą ilością hormonu szczęścia w krwioobiegu (radość z boskiego zakupu plasuję gdzieś tak między czekoladą a orgazmem w rankingu rzeczy dających szczęście; orgazm to tak hipotetycznie oczywiście) poleciałam odwiedzić ciocię. Najnowsze plotki rodzinne dla mnie, sporo mojego pozbawionego logiki paplania dla niej i tak ze dwie godzinki przyjemnie nam przelciały (a może i więcej). Na odchodne ciocia mi podreperowała budżet (klasyka: - nie, no coś ty, nie trzeba... - bierz - no dobra) i poleciałam do domu. A droga była długa, chociaż narzekać nie ma co, ja przecież kocham autobusy.

Po powrocie "Krew jak czekolada" i fragment "Przed zachodem słońca". Pierwszy dość przewidywalny, ale dla samego faktu, że gra w nim Bridget z Mody na sukces musiałam obejrzeć. Drugi, eh... uwielbiam.

Dziś jedyne co to zaciągnęłam Mamitę i Siostrę do centrum handlowego coby pokazać im boski kapelusz jaki sobie upatrzyłam (taki granatowy z Orsay'a), ale jako że Mamita nie poczuła nagłej potrzeby kupienia mi go, przeciągnęłam je po wszystkich innych sklepach szukając równie pięknego, ale za to tańszego. Teraz na liście branych pod uwagę jest ich z 5, ale ten z Orsay'a wciąż na pierwszym miejscu.

Trilby, trilby, trilby - czyż nie brzmi to pięknie?

Julia

czwartek, 05 maja 2011

Kupiłam buty. Są żółte. Powiedziałabym, że adidasy, ale marka mniej szpanerska. Powiedziałabym, że sportowe, ale jak łączycie mnie z czymś sportowym to wychodzi science-fiction. Więc niech będą zwyczajnie buty. Żółte, dobrze przeczytaliście. Bo różowe trampki zaczynały czuć się zbyt ekstrawaganckie w szafce wśród tych wszystkich czerni i brązów. /Różowe trampki są już właściwie szaro-różowe do czego przyczyniła się zeszłoroczna Lubeka, kilka wypadów na targ i takie tam sobie zwykłe noszenie; ale to nieistotne./

Jako że A. zwana D. nie doczekała się jeszcze prezentu świątecznego to nabyłam również kolczyki, którymi to podzieliłyśmy się bardzo inteligentnie: każda po jednym ludziku (ja wzięłam czerwonego, ona niebieskiego; na imprezach bransoletkowych czerwony zwykle oznacza 'w związku', ale to chyba nie miało wpływu na decyzję) i znaku drogowym (ja - przejście dla pieszych ona yyy... nie znam się na znakach, ale ładny ten kolczyk).

Wyjątkowo nie chodziłyśmy trzymając się za ręce. Podejrzewam, że to dlatego, że ona chciałaby kogoś poderwać, a jak nas wszyscy biorą za niezmiernie szczęśliwą parę lesbijek to conajwyżej mógłby do nas podbić amator trójkątów.

Ostatnie zakupy (była jeszcze sukienka) to wyładowywanie frustracji spowodowanej niemożnością rzucenia słodyczy. Nie wchodzę na wagę, bo mogłoby mi się zrobić smutno, a ja mam w planach być szczęśliwa.

Siostra zdaje maturę. Ale o tym ani słowa. Możecie conajwyżej klepać zdrowaśki, składać dary dla Thota czy co tam chcecie. Albo podmienić arkusze z angielskiego i biologii na coś do ogarnięcia.

Po wczorajszym obejrzeniu z D. Absolwenta  (już kolejny raz; dla niego pierwszy) stwierdzam, że jakbym tak spojrzała na siebie z boku ujrzałabym żeńską wersję młodego (boskiego) Dustina - twarz bez wyrazu i "I'm worried about my future". Z najnowszych planów: zdobycie pewnego dnia certyfikatu CELTA (Matt mówi, że to nie jest niemożliwe i mówi to bardzo przekonująco) i nauczanie angielskiego gdzieś w Azji. Stare odgrzewane: jak będę duża zostanę pisarką. Póki co jestem mała i mam do zrobienia kilka wytworów (przebrzydła biologio zgiń!)

phi

Julia

czwartek, 07 kwietnia 2011
a potem pobiegam sobie z nożem w plecach
sobota, 19 lutego 2011
niedziela, 13 lutego 2011
niedziela, 06 lutego 2011
And remember the smell of the fabric | Of your simple city dress
 
1 , 2 , 3
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Gry Online
Fight World Hunger