Wpisy z tagiem: koncert
wtorek, 09 sierpnia 2011
Wróciłam wczoraj, ale jedyne co byłam w stanie zrobić to zjeść zrobione przez siostrę naleśniki i iść spać. Moje łóżko kocha mnie tak bardzo, że nie wypuściło mnie ze swych objęć przez 18 godzin. Więc notka teraz, zanim znów zasnę. Z OFFa zapamiętam na pewno (kolejność bardzo przypadkowa, bo mój mózg pracuje jeszcze dziwaczniej niż zwykle):
Póki co to chyba tyle. Julia
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Znów notka opóźniona - wczoraj po powrocie z koncertów z okazji Dni miasta S. już nie miałam sił na pisanie. Chociaż nie, siły były, powiedziałabym nawet, że naładowały mi się bateryjki, ale jakoś chęci nie, no i łóżko wyglądało tak zachęcająco... Na początek Muariolanza (zupełnie jakbyście już skądś kojarzyli nazwę tego zespołu, nie?^^), na występie której, jak się niestety spodziewałam, było śmiesznie mało osób. Tzn. z czasem robiło się więcej, ale ludzie jednak przychodzili raczej na te zespoły częściej obecne w mediach. No i przyznać trzeba, że taki rodzaj muzyki nie do wszystkich trafi - chociaż dla mnie akurat specyficzność zawsze na plus. A o tym, że D. by sobie nie odpuścił okazji do gapienia się z uwielbieniem na 'tworzenie magii' przez jednego z ich gitarzystów, to już chyba wspominać nie muszę (z tego też powodu pewnie w przyszłą sobotę lub niedzielę po raz kolejny przeczytacie tu o tym zespole). Kolejni występowali Bracia, ale na początku to tylko tak mi gdzieś w tle lecieli, bo czekaliśmy z J. i B. na przystanku, gdyż ci uznali, że jest zamuła i się zwijają do domu. Z jednej strony trochę szkoda, bo D. bardzo zależy żebym się w końcu skumplowała z jego przyjaciółmi, ale z drugiej hmm... nie powiem żebym nie lubiła spędzać czasu tylko we dwoje. Szczególnie jak jemu włącza się tryb romantyczny. W tłum wmieszaliśmy się więc dopiero jakoś w połowie ich koncertu. W tłumie można było wyróżnić trzy grupy ludzi: maleńką próbującą zainicjować jakieś pogo, troszkę większą bujającą się (głównie pary) oraz zasadniczą większość - stojącą sztywno jak na mszy (z tą różnicą, że nie śpiewali nawet). Co ciekawe, zespół, za którym jakoś nigdy nie szalałam, wczoraj brzmiał dla mnie całkiem nieźle, była w tym jakaś energia. No i cover "Whole lotta love"... eh.... Póżniej, w oczekiwaniu na ostatni występ, poszliśmy do parku w poszukiwaniu jakiegoś miejsca coby siąść. Długo jednak nie posiedzieliśmy, bo we mnie odezwał się Mały Głód, co zaowocowało wyprawą po chipsy i tym, że połowę występu Raz, Dwa, Trzy przesiedzieliśmy na trawie konsumując, zachwycając się zachodem słońca (głównie ja) i gadając. Pod scenę ruszliśmy na krótko przed końcem, ale przesłuchaliśmy właściwie 2 czy 3 utwory, bo trzeba było się zbierać. Tzn. od biedy miałabym późniejszą opcję powrotu, właściwie równocześnie z autobusem powrotnym D., ale doszłam do wniosku, że lepiej zwinąć się wcześniej i uniknąć jazdy przeludnionym tramwajem. Odcinek od przystanka do domu do najprzyjemniejszych nie należał, bo było ciemno a małe dziewczynki wracające po pewnej godzinie do domu zaczynają się bać. Wstałam specjalnie wcześniej żeby napisać zadanie z angielskiego, ale jak widać, notka wygrała. miłego dnia Julia PS. a to↓ tak poza notką. ale ładne
niedziela, 15 maja 2011
Bardzo chciałam napisać notkę o dniu wczorajszym jeszcze wczoraj. Ale już nie dałam rady. Kiedy dotarłam do domu dochodziła północ a ja byłam bardzo zmęczona. A relacja bezpośrednia pewnie byłaby ciekawsza. Chociaż nie wiem czy dałoby się to czytać - mój mózg na prawdę już nie funkcjonował. Jak się pewnie niektórzy domyślają zaliczyłam wczoraj Noc Muzeów. W wersji skróconej, bo musiałam się zwinąć o 23 - mając do wyboru autobus powrotny o 23 i chwilę przed 5, cóż... Mamita jakoś nie chciała się zgodzić na opcję nocowania u D. (zupełnie nie wiem czemu). Najpierw odwiedziliśmy (ja, D. i jego kumpel J.) Centrum Scenografii Polskiej (świetna wystawa 'Szalony Hidalgo w świecie utopii' dotyczącą motywów hiszpańskich w dziełach polskich scenografów), później oddział muzeum utworzony w zamkniętej kopalni. Tutaj już nie na zwiedzanie, ale na koncert zespołu Muariolanza. Po tym jak D. mi go zareklamował miałam bardzo złe przeczucia, ale było... niesamowicie. Co prawda nie oszalałam na ich punkcie tak jak Paskuda (pod koniec bisu to był dla niego po prostu tzw. eargasm), ale muszę przyznać, że są świetni. No i ten perkusista... (-rzuciłabym cię dla niego -przynajmniej wiedziałbym, że idziesz w dobre ręce). Po koncercie kebab i kolejne muzeum - malarstwo polskie, przypadkowe spotkanie A. zwanej D. i stanowczo zbyt dużo ludzi (chyba po innych atrakcjach a przed finałowym koncertem wszyscy rzucili się tam). Wypad, przyznaję, bardzo udany. Szkoda tylko, że nie mogłam zostać dłużej i przez ostatnią godzinę, lekko zestresowana, cały czas sprawdzałam ile czasu jeszcze mi zostało, bo gdybym spóźniła się na autobus miałabym spory problem. kochamy prace Salvadora Dali Julia
poniedziałek, 28 marca 2011
niedziela, 21 listopada 2010
|
Zakładki:
Autorka szablonu
Czytam
Moje
Tagi
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||