Wpisy z tagiem: dzieciństwo
środa, 17 sierpnia 2011
Na (jeśli dobrze pamiętam) 11 urodziny dostałam portfel. Był, jak wtedy sądziłam, piękny: fioletowy, z wstawką imitującą owczą wełnę oraz zielonymi frędzlami, z Nici - każdy w klasie wtedy coś z tego miał. Bardzo szybko portfel podobać się przestał, a i jakoś nie było co w nim nosić (drobne na słodycze zawsze fajniej w kieszeni). Odgrzebany został w gimnazjum i niemal natychmiast pozbawiony paskudnych frędzli. Od tamtego czasu stał się moim stałym portfelem, bo nigdy właściwie nie było mi po drodze kupić nowy. Aż do dziś. Nie wiem czy go zgubiłam, czy ktoś podstępnie go podpierdolił ukradł w którymś z przeuroczych środków komunikacji miejskiej, które zaszczyciłam dziś swoją obecnością. Wiem, że go nie ma. A wraz z nim biletu miesięcznego, legitymacji, ok. 15zł, karty do biblioteki, zdjęć D., A. zwanej D. i Aś, wypełnionego kuponiku na kawę w McD, który to miałam w końcu zrealizować, świętych obrazków z czasu gdy nie uciekałam z domu na hasło 'kolęda', plastikowego czegoś - pamiątki z imprezy w Lubece (nie, nie tej kiedy ja z nieznajomym Niemcem...), oraz pewnie jeszcze wielu innych rzeczy, których nie mogę sobie przypomnieć. Co ciekawe - nie rozpaczam. Tzn. nie ma szlochów, jęków i ataku nerwicy. Jasne, kiedy zauważyłam brak portfela, a także kiedy straciłam nadzieję na jego odnalezienie miałam ochotę się rozpłakać i w dalszym ciągu trochę mnie to smuci. Dzisiejszy dzień był jednak zbyt udany, by nawet tego typu strata mogła mi go zepsuć. Wybierając się do D. odkryłam w jednym z osiedlowych sklepów obecność czekoladek firmy Skawa, które znajdują się u mnie na liście tzw. smaków dzieciństwa, w kategorii wakacyjnych. Kupowałyśmy je z siostrą w małym wiejskim sklepiku na zadupiu, gdzie spędzałyśmy każde wakacje do hmm... 10? 11? roku życia. Zmieniło się co prawda opakowanie (kiedyś | dziś), lecz w środku wciąż są takie jak były, może tylko modele samochodów troszkę nowsze. To pierwszy raz kiedy udało mi się je upolować poza Małopolską, albo właściwie pierwszy poza tamtym sklepem. W smaku niby bez rewelacji, ale no... autka! [rozanielone dziecko mode on] Na dzisiejszy dzień D. zaplanował dla nas piknik, a że ja w końcu dałam się zaszantażować i włożyłam krótkie spodenki, to właściwie więcej chodziliśmy niż siedzieliśmy (no bo w ruchu ponoć bardziej się człowiek opala). Z resztą, to zadupie, znajdujące się co prawda wciąż na terenie jego miasta, przypominało mi bardzo kilka miejsc, w których zwykłyśmy z Mamą i Siostrą robić sobie wycieczki, właśnie tam gdzie spędzałam wakacje jako dziecko. Nawet jeśli w pewnym momencie musieliśmy się wracać spory kawałek, bo okazało się, że D. pomylił drogę (bronił się później, że się zapatrzył na nóżki) i tak było cudownie. Jak człowiek tak chodzi i chodzi, to może i przez chwilę jest zmierzły ze zmęczenia, potem jednak wchodzi w rytm i owe zmęczenie akceptuje. Brak portfela zauważyłam dopiero gdy wsiedliśmy do autobusu powrotnego (chciałam pochwalić się kierowcy biletem) i zmusił on nas do szybkiej ewakuacji z autobusu i marszu z powrotem na pola. Przedstawiając dość logiczny argument, że jeśli pójdzie sam i zostawi mi rzeczy to będzie szybciej, D. poleciał na poszukiwanie mojej zguby (później zdradził mi, że przewidział po prostu, że zrozpaczona wpadnę w złość i będę wyładowywać ją na nim, co doprowadziłoby do strasznej kłótni). Ja zostałam na przystanku i zasadniczo nie robiłam nic poza stanowieniem dość żałosnego widoku, oraz próbowaniem przypomnieć sobie kiedy ostatni raz widziałam portfel. Po godzinie D. wrócił z pustymi rękoma, więc pojechaliśmy do niego na dość już spóźniony obiad, podczas którego po raz pierwszy usatysfakcjonowałam jego mamę zjadając całe dwa dania (a że dotoczyć się potem do pokoju było ciężko, to cóż...). Potem grzecznie zwinęłam się do domu i... oto jestem i piszę tę strasznie długą notkę. Z ciekawych informacji: moja Siostra wygrała dziś suszarkę i dwa dmuchane foteliki dla telefonów (tzn. suszarka jest dla ludzi). Na pocieszenie dała mi jeden z tych fotelików - pewnie mój telefon często na nim 'siedział' nie będzie, bo ma tendencję do gubienia się w mieszkaniu gdy tylko choć na chwilę wyjmę go z kieszeni, ale i tak, ładny gest. Nie gubcie się! nieostrożna, nieuważna, nieodpowiedzialna i wgl bardzo nie Julia
niedziela, 15 maja 2011
Nie lubię rodzinnych spotkań. Tzn. nie wszystkich, ale w większości zdecydowanie nie. Jeszcze kiedy byłam dzieckiem miały swój urok - jako najmłodsza z pokolenia wnuków bywałam nieraz w centrum uwagi, innych dzieci w rodzinie było sporo więc zawsze było z kim się pobawić, no i nie było problemu 'o czym tu rozmawiać'. Życie było proste, tort zawsze smakował i humor dopisywał do tego stopnia że pozwalałam Mamicie wmusić w siebie szynkę (gdzieś tak między 7 a 8 połówką jajka z majonezem). Teraz jest o wiele gorzej. Spotkań jest mniej, w mniej licznym gronie, już nie jestem słodka i zabawna... Dorośli uznają mnie za na tyle dojrzałą żeby zaproponować mi wódkę (której nie piję na skutek ingerencji Mamity) ale wciąż na tyle dziecinną żeby nie mieć o czym ze mną rozmawiać poza szkołą i planami na przyszłość, którym zawsze grzecznościowo poświęcają parę minut na początku aby mieć już spokój. Co gorsza, z kuzynami i kuzynkami również ciężko znaleźć temat do rozmowy, bo przecież widujemy się rzadko i nieraz zdaje mi się że żyjemy w totalnie różnych światach. Inna sprawa, że w większości dzieli nas spora różnica wieku - kiedyś nie sprawiająca problemu przy zabawie, teraz (kiedy oni mają stałą pracę i dzieci, a ja obnoszę się ze swoją młodością i głupotą) praktycznie uniemożliwiająca rozmowę. Oczywiście nie we wszystkich przypadkach, ale jednak. Jedyne co pozostaje to koncentrowanie się na najmłodszych członkach rodziny, z którymi kontakty są proste. Ulepić kota, pomóc ułożyć puzzle, pogłaskać po główce i udawać że nasza rozmowa ma sens - to wszystko czego ode mnie wymagają te cudne istoty o uroczo ubogim słownictwie i ciekawych hobby (wiecie ile frajdy może sprawiać zamykanie i otwieranie drzwi? a jak trzasną! szaleństwo!). Z jednej strony, wiadomo, można by coś z tym zrobić. Widywać się częściej, szukać czegokolwiek co mogłoby nas łączyć i zapewniać tematy do rozmowy. Ale kiedy nie widzi się szczególnych chęci u drugiej osoby to człowiek zaczyna myśleć, że właściwie nie ma sensu. I tak kończy sie na odgrywaniu raz w roku lub częściej szopki zwanej rodziną, chyba właśnie dla tych maluchów - kiedy dorastają i zaczyna je przytłaczać fałsz tego wszystkiego mają chociaż wspomnienia zabaw z ciotkami, wujkami i kuzynostwem, tych chwil, w których były przez swoje plemię traktowane niczym bogowie. jutro wcale nie jest poniedziałek Julia |
Zakładki:
Autorka szablonu
Czytam
Moje
Tagi
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||