Wpisy z tagiem: poniedziałek
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Co robi Julia zamiast przygotowywać się do matury z polskiego: a) pracuje b) śpi c) spotyka się ze znajomymi (to dziś) d) robi zakupy e) sprząta (nawet to!) f) gra w różne bezsensowne gierki g) ogląda seriale h) patrzy się na kota i) je jak nienormalna j) rozmawia godzinami przez telefon k) leży podziwiając sufit l) tudzież ścianę m) pisze bezsensowną notkę na bloga n) planuje, że zacznie się uczyć o) złości się, że się nie uczy p) gada o tym, że nie zda matury r) naprawdę martwi się, że nie zda matury s) siedzi na fb t) sprawdza czy przypadkiem nie ma czegoś nowego na kwejku u) sprawdza czy na którymś z blogów nie pojawiła się nowa notka w) sprawdza maila, również klasowego, nie wiadomo po co y) martwi się faktem, że podczas matur chyba zaczną u niej w bloku wymieniać rury z) nic Julia PS. lista jest oczywiście niepełna, zapomniałam np. dodać, że myślę jeszcze ciągle o mojej prezentacji na ustny polski zamiast ją zrobić
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Dziś małe wagary, bo w szkole i tak niewiele się już dzieje, a ja po poprzednim tygodniu nie mam zbyt wiele energii, o chęciach do czegokolwiek już nie wspominając. Jeśli chodzi o szkołę to z nowości tyle, że mam 6 z etyki i 5 z wfu. Z angielskiego usłyszałam, że 'tu wychodzi mocne 5, nie będziemy dokładnie liczyć średniej, na 6 to z całą pewnością zbyt mało, bo brak takich osiągnięć jak u D.'. Ogólnie mój cudny chłopak wypracował sobie w ostatnich dniach średnią na świadectwo z paskiem, jedyne w klasie (chyba). W pracy natomiast... dziki piątek. Miałam siedzieć do 23, ale tak się narobiło, że siedziałam do 3. To oczywiście była sytuacja jednorazowa (w końcu nie zawsze automat do lodów się psuje na cały dzień, tylko po to by zacząć działać pod wieczór dopiero wtedy umożliwiając uzupełnienie zasobów, etc.), no ale i tak było nieźle. Za to w sobotę i niedzielę pracowałam krócej niż zwykle - jak wczoraj wyszłam i było jeszcze jasno na dworze to aż dziwnie się czułam. Poza tym mamy kolejną dziewczynę do przyuczenia - szybko ogarnia, chyba nawet szybciej niż ja, za to dziwacznie się czuję kiedy mam tłumaczyć jej coś czego jeszcze niedawno ktoś inny mnie uczył. Ale przyzwyczajam się i powoli oswajam z jej nieskończonym entuzjazmem (to nie jest takie łatwe, wiecie, ja średnio dobrze znoszę towarzystwo ludzi nad wyraz radosnych, szczególnie kiedy mam takiego doła jak wczoraj). Ogólnie to idzie mi dobrze, ale zdecydowanie lepiej gdy automat do lodów jest z różnych przyczyn wyłączony, albo ludzie nie odczuwają nagle masowej potrzeby zjedzenia świderka/loda włoskiego. Dla kogoś takiego jak ja, komu zwykle większość rzeczy przychodziła bez większego trudu, świadomość, że za cholerę nie potrafi wyrobić sobie jakiejś umiejętności jest potwornie niszcząca. Ale nie poddaję się oczywiście, choć presja jest, bo o ile teraz jeszcze może mi coś nie wychodzić i przymyka się na to oko, to za jakiś czas będzie się już raczej wymagać ode mnie trochę więcej. Przyszły piątek mam wolny, bo wypadałoby pojawić się na zakończeniu roku (o uczczeniu końca edukacji licealnej nie wspominając). O dziwo, nawet przy moim ciągłym braku czasu, wyrobiłam się z uzupełnianiem garderoby (kupowanie formalnych ciuchów to nie jest taka łatwa sprawa). Ba, kupiłam nawet strój kąpielowy, zbliżony do mojego wyobrażenia o kostiumie idealnym. No i przywrócono mi wiarę w producentów bielizny damskiej - jednak da się zrobić ładny, biały stanik, w przyzwoitej cenie i rozmiarze mojego biustu a nie głowy (czy tylko mnie przerażają te ogromne biustonosze z których spokojnie dałoby radę zrobić dwa hełmy?), do tego jeszcze niewypchanego nienormalnymi ilościami gąbki. Lecę, bo mam parę rzeczy do ogarnięcia. :) Julia
poniedziałek, 13 lutego 2012
Panowie kręcący i montujący film ze studniówki uznali że moja twarz jest tak paskudna, że teraz podczas poloneza (jedyny fragment imprezy gdy byłam w ich polu widzenia) można wypatrzeć jedynie mój tyłek, łydki, plecy i fryzurę. Zachowali jednak ujęcia od frontu i pokazali je pani, która projektowała okładkę płytki i ta wpadła w tak ciężką depresję, że owa okładka wygląda jak wygląda (depresyjnie. marnie. zwyczajnie źle.). Ze zdjęcia klasowego (tego robionego z zaskoczenia) nie mogli usunąć mojej twarzy, ale na szczęście zamknęłam na nim oczy. Poza tym o filmie ze studniówki mogę powiedzieć jeszcze, że: a) początek wali bardzo ciężkostrawnym kinem "alternatywnym" po czym przechodzi w dokument o dziewczynie, która wstała rano i umyła zęby b) w wywiadach z nauczycielami błyszczy p. prof., który swoją klasę określił, nie wprost oczywiście, jako bandę przeciętniaków, oraz nasza p. prof., która wyraziła żal, iż nie jesteśmy zżytą klasą (na początku wywiadu po mistrzowsku ucięło jej pół głowy - nawet najlepszym kamerzystom się zdarza) c) powinnam była pozwalać A. zwanej D. ćwiczyć również rolę kobiecą w polonezie d) G. i jego partnerka wyraźnie wpadli w oko kamerzystom (o, G. tańczy! i znowu! i jeszcze raz!) e) żeby dobrze oddać klimat imprezy ujęcia podczas tańca powinny być ciemne, zamglone i chaotyczne f) odpowiedź na pytanie 'za czym będziesz najbardziej tęsknić?' uczyniła z M. najbardziej pozytywną bohaterkę imprezy (odpowiedź brzmiała: 'za naszymi szafkami') Więcej jak coś mi się przypomni. Chyba mam jutro gadać o teatrze japońskim na WOKu. Chyba nie mam póki co zbyt wiele do powiedzenia na ten temat. Julia
poniedziałek, 16 stycznia 2012
No niech wam będzie. O studniówce słów kilka. Nie zawaliłam poloneza. Oficjalne zdjęcia klasowe były robione bez sensu. DJ marny. Nasz stół miał dobrą lokalizację jeśli chodzi o oddalenie od grona pedagogicznego, ale tragiczną jeśli chodzi o jedzenie. Żadna dziewczyna nie miała takiej sukienki jak ja. Nauczyciele śmiesznie tańczą. Szczególnie ci bardziej "radośni". K. przed polonezem z p. prof. był kłębkiem nerwów, po wyglądał jak ofiara wypadku w ciężkim szoku. Już przed wyjściem zaczęło mnie męczyć oko, z czasem do kłucia doszedł ból i ostatecznie podczas imprezy spędziłam gdzieś z 2,5h próbując wypłakać to coś co mi do niego wlazło. W międzyczasie zdążyłam się już załamać, próbować wezwać transport do domu (a nie było jeszcze północy) oraz zebrać sobie grupę wsparcia (no dobra, to dzieło D.). Po całej tej walce z płonącym czerwienią okiem olałam już poprawianie makijażu tak więc do rana siedziałam z mordką naturalną jak tylko to możliwe. Fryzura powstała przypadkiem, utrzymała się całą noc i nawet zebrała ze dwie pochwały. O wiele lepiej tańczy mi się kiedy jest mniej znajomych. Kupione rano na polecenie Mamity buty zostawiłam w domu, gdyż po powrocie z pracy przypomniała sobie, że ma takie jedne, które lepiej komponowałyby się z sukienką. Pulchne dziewczyny nie powinny nosić kiecek bez pleców. Jakiekolwiek nie powinny nosić takich, które kończą się ledwo za tyłkiem. W czasach Jane Austen te wszystkie ich intrygi wywodziły się chyba z nudy na balach i innych nasiadówach. Nas też to dopadło, G. padł ofiarą naszych durnych pomysłów (tzn. mój był dobry, ale jak się reszta dołączyła stał się durny). Ale ma dobre serce więc nam wybaczy. Jeśli chodzi o zdjęcia to jestem na niewielu, z powodów oczywistych. Z poloneza pozostało mi np. zdjęcie na którym sukienka ułożyła mi się tak, że mój tyłek wygląda jakby się uśmiechał. Opcja powrotu do domu najpierw była, ale jakoś zniknęła. Na szczęście wystarczyło przerzucić K. do drugiego auta i znalazło się miejsce i dla mnie. A on przynajmniej się wyspał. W bardzo komfortowych warunkach. W sobotę spałam. W niedzielę nadrabiałam angielski i byłam w teatrze. Sami rozumiecie, czasu nie było. A Hamlet bardzo oryginalny. Oj baaardzo. co jeszcze chcielibyście wiedzieć? Julia
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Są święta, więc wypadałoby napisać coś o nich. Tzw. wigilia klasowa była dość dziwna. Dzień miałam wtedy pechowy (zapomniałam telefonu, czyjaś ciężka stopa zmasakrowała mi buta, poszło mi oczko w rajstopach, dostałam z bańki w nos od własnego chłopaka...), duch świąt po klasie nie latał, przemowa p. prof. była w połowie zwykłą połajanką, w drugiej zaś zawstydzaniem koleżanki, która się spodziewa. Składanie sobie życzeń było tak niezręczne, że po kilku osobach dałam sobie spokój - byli tacy, którym wiedziałam co powiedzieć, do innych podeszłam dla zasady, co do reszty uznałam, że będą chcieli to przyjdą sami. Pozytywnym akcentem było za to to, że mój murzynek znikał ze stołu dość szybko (a martwiłam się wcześniej, że przegra z innymi wypiekami; jakaż ujma byłaby to dla mego "talentu"; tak, to jedyne ciasto jakie potrafię sama upiec, za to dopracowałam je do perfekcji). Po zniknięciu wychowawczyni poszła fala ewakuacji - jedni wiali do domu, inni na powigilijną klasową nasiadówkę przy piwie. Wyjątkowo zaliczałam się do tej drugiej grupy, ograniczając się jednak do podpijania od D., bardziej dla towarzystwa, bo piwo w dalszym ciągu jest dla mnie paskudne. Miło było posiedzieć i pogadać z ludźmi, z którymi zwykle raczej nie spędzam czasu. Było nawet zabawnie, hm.
Jeśli zaś chodzi o rodzinne święta, było dość typowo. Nerwówka przed, cała masa sprzątania etc., później raczej przyjemnie, tak spokojnie. Dobre jedzenie, brak niespodzianek w temacie prezentów, minimum spięć. Bez wizyty sąsiadów zza ściany, bo już nas nie lubią jak kiedyś (obrazili się za brak aktywności obywatelskiej). Bez jakichkolwiek innych wizyt, bo ciotki zajęte wnukami, a D. chory. I tak jakoś mijają te dni, między sałatką i makówkami. Czytam, oglądam filmy... Powoli, spokojnie, przeszły święta.
byliście grzeczni w tym roku? Julia
poniedziałek, 14 listopada 2011
Szkoła i ból głowy wyssały dziś ze mnie całą energię. Próbuję się wyleczyć towarzystwem Carlosa (moja mała maszynka do mruczenia napełniana ciepłem kaloryfera) i piosenkami Lany Del Rey (nowe uzależnienie, ciekawe kiedy przejdzie). Olimpiada z angielskiego była zdecydowanie łatwiejsza niż w zeszłym roku, ale i tak jakoś nie robię sobie szczególnych nadziei co do niej. Króciutko, bo muszę sobie zostawić troszkę mózgu na wkuwanie WOSu (fuj). Julia
poniedziałek, 26 września 2011
W szkole byłam. Na lekcjach. Takich z książkami, zeszytami i całą resztą, kojarzycie. Chyba nawet coś notowałam. Tylko za nic nie mogę sobie przypomnieć co. Pamiętam tylko ciastka owsiane, jogurt ymm... brzoskwiniowy, grzanie ucha na schodach i ćwiczenia fizyczne na hiszpańskim. Ah, no i że G. wziął sobie do serca uwagę, że ładnie mu w niebieskim. Właśnie się dowiedziałam, że jutro wypełniamy deklaracje maturalne. Fajnie. Julia
poniedziałek, 19 września 2011
Przychodzi Julia do lekarza. W przychodni alergolog ma swój pokój z osobnym korytarzykiem i poczekalnią. Coby pacjenci z kardio nie robili sztucznego tłumu. Przyszłam, rozglądam się, nie ma nikogo więc siadam uradowana, że jestem pierwsza i pójdzie szybciutko. Chwilę później zjawiają się 4 osoby, ruda pani gniewnie informuje mnie: 'tu już kolejka jest' (tzn. alergo robili tłum przed kardio). Po mnie przychodzi jeszcze jedna kobieta, Siostra zajmuje sobie kolejkę za nią (wcześniej trafiła na złą panią z rejestracji, która powiedziała, że jak nie jest umówiona to musi pogadać z lekarką czy ją przyjmie czy nie; ja problemu nie miałam). Następnie zjawia się staruszka, która jak się okazuje jest przede mną (nie pytam czemu, starsi ludzie zawsze sprawiają wrażenie jakby kolejkę do lekarza wysiadywali już sobie od tygodnia). Ruda pani informuje swoją koleżankę, że przyszła godzinę wcześniej, bo 'nie lubi długo czekać u lekarza'. Łącznie czekała 65 minut, bo p. doktor się spóźniła. Ja jakieś pół godziny. Faktycznie, opłacało jej się przyjść wcześniej.
Żebym przypadkiem nie pomyślała, że mam szczęście. Na angielskim zwykle było tak, że jeśli chodzi o odpowiedź to nie szła, jak na wielu innych przedmiotach, kolejka, tylko jedna osoba mogła być pytana choćby 3 razy z rzędu a inna tylko raz w semestrze jeśli tak właśnie wypadło. Dziś okazało się, że p. prof. marzy się aby każdy miał po ocenie ze wszystkich działów. A że właśnie zaczynamy nowy, to osoby które z ostatniego się jeszcze nie załapały odpowiedzą na konsultacjach. Zamiast z zadania z poprzedniego dnia (2-6 speakingów) z całego działu (czyli w tym wypadku, skoro był to pierwszy dział, wszystkich od początku roku; nie chce mi się liczyć), "bo przecież po sprawdzianie mamy wszystko powtórzone" (tja). Nie musicie chyba pytać kto się znajduje w tej grupie szczęśliwców.
Znikam maniakalnie odświeżać stronę z zastępstwami w nadziei, że pojawi się na niej informacja o tym, że nie mam jutro WOSu. chce mi się czekolady Julia
poniedziałek, 12 września 2011
Kolejny szkolny tydzień rozpoczęty. Z bólem gardła i 'lekkim' dołem. Na pocieszenie 5 z matmy, ale za taki banał, że z czego tu się właściwie cieszyć...? Nie wiem. Na godzinie wychowawczej dziwacznie jak zwykle - czerwona sukienka na studniówkę nie, bo wulgarna; P. został uraczony po powrocie z lekko przedłużonych wakacji informacją o tym, że nie będzie miał usprawiedliwionych nieobecności (nie ma to jak 38h nieusprawiedliwionych na dzień dobry); 'Gdzie zjeść tanio' jako temat godziny wychowawczej autorstwa D. (mnie osobiście kusiło żeby zaproponować zajęcia praktyczne z zakładania prezerwatyw, ale sama propozycja ustawiłaby mnie w oczach p. prof. na pozycji bezbożnej latawicy). Poza tym, niewiele się dziś działo. Właściwie to nic. Nawet szok wywołany 6 zadaniami z angielskiego szybko przeszedł. Taka perfekcyjna obojętność, znacie to? Nie umiem się zebrać w sobie żeby zrobić cokolwiek na jutro. O ile jeszcze w piątek czy przez fragment soboty byłam pełna zapału i energii (czyt. zrobiłam wszystkie zadania z angielskiego + opowiadanie, na które mieliśmy z tydzień czy dwa) to teraz... Nie, nie ma szans żebym cokolwiek zrobiła. I smutno mi strasznie, ale na to niewiele da się poradzić. no chyba że ktoś chciałby mnie przytulić Julia
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Chciałabym mieć piękne sny. Wiecie - tęcze, jednorożce i słoneczne popołudnia na trawie. Ale nie, jeśli już mi się coś przyśni to oczywiście budzę się zła, smutna albo wystraszona. Albo wszystko na raz. Tej nocy na przykład, gdzieś koło godziny 4 byłam bliska zadzwonienia do D. i powiedzenia mu, że nie chcę go znać, nigdy mu nie wybaczę i w ogóle to koniec. Na szczęście odzyskałam przytomność umysłu zanim wymacałam w ciemności na parapecie telefon i dotarło do mnie, że ten cały motyw jego puszczenia się z jakąś panną to był tylko mój durnowaty sen. Potwornie realistyczny i wywołujący we mnie (od czasu do czasu zazdrosnej, ale skrzętnie to ukrywającej) bardzo negatywną mieszankę uczuć, ale jednak sen. Długo jeszcze potem nie mogłam zasnąć, a jak już mi się udało to znów śniły mi się jakieś głupoty z anonimowym blond fanem mojego bloga w roli głównej. Ten sen również był jakiś taki niepokojący, szczególnie w momentach gdy cytował w rozmowie ze mną fragmenty notek. A i spojrzenie miał jakieś takie... [ale śliczny był] Czasem to ja bym już chyba wolała nie śnić.
Miałam dziś iść z siostrą do lekarza (właściwie to miałyśmy iść kilka miesięcy temu), ale coś mi się wydaje, że znów nie będzie nam po drodze. Sprawa legitymacji wciąż pozostaje otwarta - gdy przyjechałam w piątek okazało się, że niestety nie wyczytałam ukrytego 'zadzwoń wcześniej czy masz po co przychodzić' ze słów 'przyjdź w piątek po odbiór'. Bo coś się niby pozmieniało i teraz na legitymacji musi być podpis dyrektora, a że jakoś nie miał czasu... Stwierdziłam, że w takim razie daruję sobie marnowanie kasy na bilety autobusowe i odbiorę dopiero we wrześniu, skoro i tak będę musiała się w szkole pojawić. Fuj, szkoła. Czemu nawet teraz nie mogę jej wywalić w umysłu?
nie wyspałam się Julia
|
Zakładki:
Autorka szablonu
Czytam
Moje
Tagi
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||