Wpisy z tagiem: wtorek
wtorek, 31 stycznia 2012
No i mam ferie. Z bólem gardła i zamarzniętym za oknem światem. Z serialami i fikuśnymi zadankami z matmy. Z prezentacjami, zaległymi wypracowaniami i całą resztą tego badziewia za które obiecuję sobie się zabrać (tak, oszukuję się, ale jeszcze mi wolno). Z paprykowymi chrupkami, truskawkową czekoladą i wyrzutami sumienia. Z kotami i Studentką Prawie Po Sesji (znaną również jako Siostra). Z D. i A. zwaną D. - nie razem (jak w przypadku alkoholu - nie mieszać) i dopiero wtedy kiedy zdecyduję się wygrzebać spod kołdry, odkleję od laptopa i mając na sobie stanowczo zbyt dużo ciuchów wyruszę w ten zły zimny świat. Z ciągłym gładzeniem się po włosach - skutek uboczny nowej odżywki jest taki, że efekt placebo zadziałał zbyt mocno i teraz nie mogę przestać myśleć o tym, że mam jedwabiście gładkie włosy. Z ogromną potrzebą zakupów i planowaniem zmiany fryzury - i wsadźcie sobie ten przesąd dot. obcinania włosów przed maturą. Z mózgiem zawirusowanym pytaniami o przyszłość. Julia
wtorek, 17 stycznia 2012
Dzisiejszy dzień sprowadzał się głównie do upojnych chwil w łóżku... z notatkami na sprawdzian z angielskiego. Przynajmniej taka jest wersja oficjalna (każdy kto mnie zna dobrze wie, że skoro wczoraj wieczorem wyszły nowe odcinki Gossip Girl i HIMYM i jestem mistrzynią marnowania czasu to hmm... no cóż). Ale czuję się rozgrzeszona skoro w ogóle to ruszyłam (a tak było!). Poza tym zaliczyłam małą wyprawę do sklepu, poczyniłam pierwszy krok w kierunku założenia sobie konta, zmieniłam antywirusa i właściwie... to tyle. żeby nie było, że nie piszę Julia 1. Zdjęcie zmuszona byłam przyciąć żeby nie ujawnić twarzy kogoś kto by sobie tego nie życzył. A zaokrąglone rogi to już inwencja własna. 2. Nacieszcie oczy, bo ta fotka długo tu nie zostanie. 3. Moje łydki normalnie tak nie wyglądają. Chyba. 4. Uśmiechnięty tyłek rządzi! 5. Ciekawe czy to my pomyliliśmy kroki czy para obok?
wtorek, 10 stycznia 2012
Hmm... to o czym by tu... Nie o studniówce, bo ten temat już wybitnie mi się przejadł. O szkole nic ciekawego też raczej nie mam do napisania - ot, nudy, sennie i niekończąca się inwencja grona pedagogicznego w temacie uprzyjemniania naszej egzystencji. Hmm... Oficjalnie mogę zdiagnozować u siebie (jak również u mojego cudownego mężczyzny) silne uzależnienie od scrabbli. W moim przypadku motywowane faktem, że częste wygrywanie sprawia mi dużo przyjemności i ogólnie pochwalam wszelkie inicjatywy odciągające mnie od nauki, w jego natomiast chęcią przypomnienia mi co to znaczy porażka (przyzwyczajony, że w wielu sprawach nade mną góruje ciężko znosi moje zwycięstwa, zwłaszcza, że ich natężenie jest ostatnio dość imponujące). Jutro robię drugie podejście do odbioru dowodu - w poniedziałek oczywiście jeszcze go nie było, a jak już chyba wspominałam, troszkę mi się spieszy. Przy tej okazji chciałam zauważyć pewien zabawny fakt. Otóż, zapewne mając na uwadze komfort petentów, urząd mojego miasta zapewnił nam specjalnego pracownika odpowiedzialnego tylko i wyłącznie za wydawanie dowodów osobistych. Ma swoje okienko, biurko i komputer i zapewne kupę roboty z wymienianiem świstków na plastik. Można by zrozumieć gdyby w skład jego kompetencji wchodziło jeszcze przyjmowanie wniosków, ale nie, od tego są dwie inne osoby. Albo gdyby moje miasto było jakieś ogromne i miało nieprawdopodobnie dużą liczbę mieszkańców z tendencją do ciągłych przeprowadzek - wtedy zatrudnienie mniejszej liczby osób mogłoby ewentualnie, przy wyjątkowo niekorzystnym wietrze, doprowadzić do tego, że przed złożeniem wniosku trzeba by odczekać 2 minuty w kolejce. Na szczęście jednak nasi przezorni urzędnicy zadbali o to by uniknąć niemożliwego, dokonując równocześnie wspaniałego wkładu w zmniejszanie bezrobocia. :zachwyt: Eh, padam, a tu jeszcze trzeba koty z łóżka wygonić (uparcie co wieczór kładą się u mnie licząc, że pozwolę im zostać - tak jest od soboty/niedzieli kiedy to nocowałam poza domem i kociaki urządziły sobie w tym czasie w moim pokoju dziką imprezę). I właściwie to może by się na coś pouczyć... Nie, to chyba nie. Może rano? puff Julia
wtorek, 20 grudnia 2011
Jeszcze tylko kilka uroczych ślizgów i mam ten semestr z głowy. Jakiś sprawdzian, jakaś ostateczna klasyfikacja, może jakaś zaległa kapa nawet? Potem upiec ciasto, kupić prezent pod klasową nieistniejącą choinkę, zerwać się z Jasełek. Poskładać szczere życzenia ludziom, z którymi nie zamieniłam więcej niż kilku słów od września. Pouśmiechamy się do siebie i poudajemy, że obchodzi nas to wszystko. Znowu będę się zastanawiać dlaczego właściwie mam w ręce opłatek. W sumie łatwiej z niż bez. Tak, idę na łatwiznę, bo mam to troszkę gdzieś (On mówi, że to konformizm, trzeba mnie zmienić). Oh, żebym tylko nie zapomniała jutro pójść na pocztę. Moja "dorosłość" w oczach Szacownej Instytucji polega na tym, że w trosce o moją niezależność finansową nie może przelewać mi pieniędzy na konto Mamity (w oczekiwaniu na dowód swoje dopiero planuję, niestety), na którym i tak przecież ostatecznie, całkiem słusznie, wylądują. Przez ową troskę muszę się teraz użerać z pocztą. Dziś było to "tylko" zmarnowane pół godziny w kolejce tylko po to, żeby się dowiedzieć, że listonosz jest idiotą, który nie potrafi ani napisać czytelnie moich danych (zjedzone końcówki przywodzą mi na myśl mój zeszyt z historii, ale nazwisko wyglądające jak imię, a imię jak ozdobny szlaczek to już przesada), ani informacji kiedy mam sobie przesyłkę odebrać (dziś o 17.00 oznacza jutro od 8.00 do którejśtam, wiecie?). Pani w okienku bezradna, przełożonym nie nakabluje, bo nawet nie wie na kogo (i tak obrywa ona a nie ten...). A poirytowani ludzie w kolejce wyliczają swoje skargi. Że choć siedzą w domu i czekają na przesyłkę to zamiast niej dostają awizo do skrzynki, bo listonoszowi nie chciało się na 4 piętro wejść. Albo, że zawsze dostają niby-powtórne awizo choć pierwszego na oczy nikt, łącznie z listonoszem zapewne, nie widział. Albo wcale i przesyłka wraca, bo ponoć jej nie odebrali. Dobra, ponarzekałam sobie. Kończę. Przynajmniej nie będzie przez parę dni zrzędzenia (szczególnie wewnątrz mojej głowy), że olewam bloga. czekolada? chętnie. Julia
wtorek, 13 grudnia 2011
Dziś rano zaspałam. Trzymajmy się tej wersji. Miałam cały dzień. Dużo do zrobienia. Jest 20:40, mam za sobą jakieś 20%, już mi się nie chce. A pozostałe 80? Pozostałe 80 to kwestia Dobrej Wróżki Od Szczęścia. Ostatnio była dość hojna, czy jutro mnie zawiedzie? Zobaczymy. Jeszcze tylko wytrzymać parę dni, potem szaleństwo sprzątania i wolność. Wolność czyli dużo oglądania filmów, jakaś książka, polowanie na wolną chatę i inne takie. No i efekt yo-yo. Czekolada, te sprawy. Pójdzie w cycki. Na pewno. Patrzę przed siebie - M jak miłość. Mem 'co ja pacze' mnie prześladuje. Zdecydowanie. oj, co ja mam z głową Julia PS. Znalazłam sobie już normalniejszą potencjalną kieckę na studniówkę. Prosta, czarna, caaaaała w cekinach. Tylko szkoda dać dwie stówy za taką prostotę. Eh.
wtorek, 11 października 2011
Autobus. Powrót ze szkoły. Jakaś parka przytula się przy drzwiach. "O, ja skądś kojarzę tego chłopaka..." - myślę. Po paru sekundach już wiem: Comenius Regio w zeszłym roku, reprezentant Chile. Ten co tak mnie strasznie onieśmielał swoją osobą, bo taki wygadany, pewny siebie i niemal od razu przejął dowodzenie nad obradami. Stąd też nie mam pojęcia jak się nazywa - no przecież nie zagadałam wtedy do niego. Ale z wyglądu kojarzę, bo się może troszkę gapiłam. Troszeczkę. (Władczość i Inteligencja są prawie tak samo pociągające jak Matematyka) Łapię z nim raz kontakt wzrokowy. "Nie poznaje mnie" - myślę - "Nic nowego, w sumie...". Przyglądam się dziewczynie. Ładna, typ urody jakiś taki orientalny. Tylko jakby troszkę się kłócą, ale są zbyt daleko żebym mogła 'przypadkiem' podchwycić choć słowo. Wysiadają, a mnie po głowie się kołata, że mogłabym w końcu zacząć zajmować się czymś pożytecznym podczas jazdy autobusem. Tzn. bardziej pożytecznym niż obczajanie ludzi (głównie rodzaj męski, chociaż urodziwym żeńskim nie pogardzę).
Trochę później, przychodzę z Siostrą do biblioteki. - Cześć - mówi chłopak z autobusu, obok zauważam tamtą dziewczynę. - Cześć - odpowiadam zaskoczona. - Po książki? - pyta. "No nie, po ziemniaki, w bibliotece zawsze mają najsmaczniejsze" - myślę. - Tak - rzucam niebywale inteligentnie. - Prawie żadnych nie ma - zauważa on, a ja się zastanawiam czy przypadkiem mnie z kimś nie pomylił (chyba właśnie zaczął studia, pewnie poznaje multum nowych ludzi i ciężko spamiętać; no dobra, nie wszyscy muszą mieć takie problemy z pamięcią jak ja). - A czego szukałeś? - zerkam na książki, które ma w ręce. - XXXXXXXXXXX - coś odpowiada, nie mam pojęcia co.
Powiedziałam jeszcze coś i poszłam do siostry. Kusiło mnie żeby wrócić i zapytać go: "Za cholerę nie możesz sobie przypomnieć kim jestem, prawda?" Ale się powstrzymałam i oddałam się poszukiwaniom Tatarkiewicza, lub jakiegoś pana na 'R' albo na 'A' (Siostra zapomniała swojej listy z teoretycznie niezbędnymi książkami; geniusz).
tak tylko przypominam, że istnieję Julia
wtorek, 04 października 2011
Mój plan na jutro: 1. - 2. historia 3. zastępstwo 4. zastępstwo 5. zastępstwo 6. matematyka 7. zastępstwo 8. lekcja odwołana
Oraz na czwartek (jeszcze pod znakiem zapytania, bo wiadomo kogo nie będzie, ale nie wiadomo kto ich zastąpi): 1. - 2. - 3. prawdopodobnie lekcja odwołana 4. j.w. 5. j.w./zastępstwo 6. najpewniej zastępstwo 7. angielski zapewne łączony z 2 grupą (bo muszą mieć zastępstwo) 8. najpewniej lekcja odwołana 9. j.w.
Chodzenie do szkoły w okresie wyjazdów integracyjnych pierwszaczków, oraz gdy zaczyna się sezon projektów międzynarodowych ma bardzo głęboki sens. kocham szkołę Julia
wtorek, 20 września 2011
I tym właśnie sposobem na widok zastępstw na jutro straciłam wszelkie chęci do życia. Julia
wtorek, 13 września 2011
Nawet grzecznym dziewczynkom zdarza się czasem do szkoły nie dotrzeć. Czasem nawet w planach mają odpuścić sobie nie dzień, lecz, och jakież szaleństwo, dwa. Na podreperowanie gardła i psychiki. Z tą drugą gorzej, wręcz krzyczy o słoik nutelli. Mając jednak w pamięci jak krótki był żywot poprzedniego... Pojawił się bowiem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie i spotkał go dość smutny los - jego zawartość zniknęła w żenującym dla mnie czasie 3 dni (tak, rekord; tak, palcem). Pan Doktor od Gardła próbował dziś ukrócić moje dzieciństwo, subtelnym przekazem 'rocznik 93? to nie do mnie, ja jestem pediatrą, do widzenia'. Pani z rejestracji przekonała go jednak, że jak nie mam skończonych 18 (a wyglądam tak btw na 14 w porywach 16) to jednak wypadałoby mnie nie wyrzucać za drzwi. Poza tym otumaniam się serialami i mierzę się z myślą, że trzeba by otworzyć jakąś książkę, albo zrobić zadanie... Ale nie, nie chce mi się. Mój umysł tymczasowo zamknięty jest na wiedzę. i na wiele innych spraw Julia PS. Mamita wyraziła zgodę na imprezę w piątek, o ile będę się dobrze czuła. Może to by mi poprawiło nastrój...? Pozostaje jednak kwestia stroju - motyw przewodni lata 70/80 - ma ktoś jakieś (normalne) pomysły?
środa, 24 sierpnia 2011
Wczoraj już mi sił na notkę brakło, ale dziś, w pełni wypoczęta mogę pisać. Misję mocno opóźnionego opalania nóg kontynuuję latając ciągle w krótkich spodenkach i sukienkach (a D. się puszy, że mnie w końcu przekonał), w dalszym ciągu unikając jak ognia kostiumu kąpielowego. Małe zakompleksione istotki nie latają w bikini. Małe zakompleksione istotki kończą z nierównomierną opalenizną. No i trudno. Wczoraj byliśmy na kąpielisku, dość liczną jak na moje standardy grupą - aż 9 osób, w tym 4 słodkie parki i P. zwany B. (kiedyś pisałam o nim tylko B., ale chyba będę musiała pisać o nim w ten sposób, gdyż jest jeszcze jeden B.), który nie przygruchał sobie jeszcze żadnej fajnej pary cycków. Najpierw miałam opory, ale w końcu stwierdziłam, że a co mi tam, jadę - bo D. przestanie marudzić, że jeszcze tam z nim nie byłam, bo B. wrócił z Katalonii, a moje nogi wciąż blade. No i właściwie nie miałam nic innego do roboty. Ostatecznie było przyjemnie, bez fajerwerków może, ale tak prawdziwie wakacyjnie. Co prawda boskie środki komunikacji miejskiej próbowały popsuć mi nastrój w drodze powrotnej (rozumiem gdyby jeszcze tramwaje, ale żeby i wy autobusy przeciwko mnie?), ale się nie dałam. Byłam tylko piekielnie głodna, ale na szczęście Mamita powitała mnie w domu wizją pysznego makaronu. W perspektywie na dziś - znów szkoła. Nie pamiętam czy o tym wspominałam, ale chyba nie. Nie mogłam po prostu przyjść, powiedzieć, że zgubiłam legitymację, dać zdjęcie do nowej i pieniążki i mieć spokój, oooo nie. Pani sekretarka poinformowała mnie, że muszę złożyć podanie oraz załączyć dowód wpłaty na konto (pieniądze przekazane w normalny sposób mają chyba mniejszą wartość). Tak więc dziś muszę znowu ją odwiedzić, oddać moje przecudownie napisane podanie i odbyć swoją lekcję biurokracji. O wiele lepiej poszło mi za to w bibliotece - wystarczyło wypełnić danymi jeden świstek, kasę za kartę dam kiedy już będzie do odbioru a zanim to nastąpi spokojnie mogę wpadać i wypożyczać. Wszystko szybko, łatwo, bezboleśnie i z uśmiechem. Poza tym, jak już byłam przy planach na dziś, to już chyba czas wybrać się na Pokątną po nową różdżkę i księgę do eliksirów... będzie gorąco Julia
|
Zakładki:
Autorka szablonu
Czytam
Moje
Tagi
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||