Wpisy z tagiem: środa
środa, 25 kwietnia 2012
Wczorajszy dzień w szkole? Dwie lekcje. Dłużej nie wytrzymałam. Na matmie wpadł do nas biol-chem pooglądać film o ewolucji, na historii miało być zastępstwo, ale p. prof. od geografii w szkole jakoś nie znaleźliśmy. Mając w perspektywie kolejne równie produktywnie spędzone godziny wybrałam spacer z D. do biblioteki. Dziś, jeszcze lepiej - niecała jedna lekcja. Sprawdziłam dane na próbnej wersji świadectwa, podpisałam, pogadałam chwilę z ludźmi i poszłam sobie, bo nawet nasza wychowawczyni nie sprawiała wrażenia jakby ją to jeszcze obchodziło (a myśleliśmy, że to niemożliwe!). Kontynuuję natomiast przerwany przedwcześnie w zeszłym roku romans z Raskolnikowem. Nieźle mi się czyta, czasem tylko muszę na chwilę odłożyć książkę i zająć się czymś innym, bo zaczyna mnie męczyć. Przyznać muszę, że mając wcześniej wiedzę nabytą z opracowań, wytworzyłam sobie zupełnie nieprawdziwy obraz Razumichina - myślałam, że to taki nudny poczciwina, a jednak całkiem urocza postać. Może tylko wolno kojarzy niektóre fakty. W piątek: o 12 'ostatni dzwonek', o 17.30 zakończenie (później już się chyba nie dało, co? -.-), w międzyczasie nie zapomnieć i oddać kalkulator do sekretariatu coby mi się pojawił na stoliku 8 maja. I tyle. Niby miało być jakieś wielkie świętowanie, ale... jeden plan średnio mi pasuje, alternatywa niby się pojawiła, ale jakoś teraz nic o niej nie słychać... Ostatecznie może być tak, że wyskoczymy gdzieś z dziewczynami a po wszystkim grzecznie wrócę do domu wyspać się przed pracą. Wiem, wiem, koniec liceum, powinno być dzikie chlańsko, ale szczerze... Jakoś nie czuję tego zupełnie. Kończę, bo Dunia chyba zaraz pośle Łużyna w cholerę.
Julia
środa, 11 kwietnia 2012
No piszę, piszę. Już. W odpowiedzi na pytanie Rafała:
A tak poza tym to mam do napisania na jutro pracę na etykę (mam jeden akapit; edit: zgodnie z esem od W. to jednak na za tydzień. ufffffff) i potwornie rozbolał mnie właśnie ząb. A, i zapuszczam grzywkę. Od dzisiaj. Julia
środa, 28 grudnia 2011
Wczorajsze polowanie na sukienkę z A. zwaną D. zakończyły się niepowodzeniem. Ogromne centrum handlowe, okres wyprzedaży i znów nic. Nic. Nic. Nic. Na studniówkę pójdę chyba... no nie wiem w czym, ale nie będzie to kreacja życia. Zrezygnowane wylądowałyśmy na rytualnej kawie (no dobra, mniej rytualnej, bo w ramach postanowienia wyrażania swego zdania i nie dostosowywania się do innych zamiast cappuccino wzięłam zwykłą czarną - oczywiście lubię i jedno i drugie, ale to był moment na intensywniejszy akcent) i plotkach czyt. obrabianiu dup znajomym oraz dzieleniu się bogatymi przeżyciami wewnętrznymi. Później miałam wracać z nią do centrum, ale doszłam do wniosku, że skoro jestem tak blisko osiedla cioci U. to dobrym pomysłem byłoby ją odwiedzić, szczególnie, że jak zwykle wybierałam się do niej już od dłuższego czasu jak sójka za morze. Ciocię moja wizyta zaskoczyła, ale chyba również odrobinę ucieszyła. Było jednak trochę inaczej, bo z pewnego powodu nie miała możliwości nagadać się tyle co zwykle (co i tak jest zazwyczaj trudne, bo jak ja się nakręcę to gadam jak porąbana). Powodem była obecność kuzyna, mieszkającego od kilku lat w Wielkiej Brytanii i nie bywającego zbyt często w kraju (ja widziałam go ostatnio chyba na pogrzebie babci a to już kawał czasu temu było - nawet jak przyjeżdża na święta czy urodziny to i tak się zwykle mijamy). Tak jak z większością moich kuzynek i kuzynów również z nim dzieli mnie dość spora różnica wieku, która raczej skutecznie utrudnia kontakty. Kiedy widywali mnie częściej byłam małym dzieckiem, z którym gadało się o bajkach i szkole/przedszkolu, lub grało w planszówki czy skoki narciarskie na kompie. Mój okres dorastania, ze względu na rozluźnienie więzi rodzinnych, większość z nich w mniejszym lub większym stopniu przegapiła, do tego stopnia, że ci z którymi miałam najsłabszy kontakt przy spotkaniu po latach nie byli w stanie mnie rozpoznać - w ich pamięci miałam przecież na zawsze te 10 czy 12 lat. Przez to również zwykle niezbyt się z nimi rozmawia, bo teoretycznie ciężko osobom około trzydziestoletnim załapać kontakt z osiemnastolatką (której rzeczywisty wiek wciąż do nich nie dociera) - pozornie przecież nic nas nie łączy, mamy zupełnie inne problemy w życiu, jakbyśmy pochodzili z zupełnie innych planet. Ja też zwykle podchodzę do nich z lekką rezerwą, przygotowana na ton 'jesteśmy tacy dorośli, co ty dziecko wiesz o życiu' i zainteresowanie kończące się po pytaniu 'jak w szkole/na jaki kierunek chcesz iść?' Wielkim zaskoczeniem było, że z M. (kuzynem) gadało nam się dobrze. Po obowiązkowym temacie planów na przyszłość, kolejne pojawiały się już jakoś same. Wiele pewnie ułatwiał fakt, że już od paru lat siedzi na Wyspach - różnice kulturowe to temat rzeka, szczególnie jeśli konfrontowaliśmy wiedzę przekazaną mi przez Matta i innych nauczycieli ze szkoły językowej, z życiowymi doświadczeniami M. Poza tym jego styl życia różni się sporo od prowadzonego przez resztę mojego kuzynostwa, co też eliminowało pewną barierę. Z tego co później Mamita dowiedziała się od cioci U. przez telefon, M. też był raczej zdziwiony tym, że dało się ze mną normalnie rozmawiać, a pozostałe jego spostrzeżenia właściwie zawierałyby się w jednym stwierdzeniu: dorosła.
Jak już wspomniałam o Mamicie to przejdę do tematu najważniejszego w dniu dzisiejszym - jej urodzin. Świętowałyśmy (właściwie świętowaliśmy, bo D. również brał w tym udział) dość skromnie, ale za to bardzo przyjemnie. Miseczka makówek ze świeczką wywołała na twarzy Mamity uśmiech, prezenty bardzo jej się spodobały i powstrzymała się od narzekania, że na obiad znowu spagetti (dobry sos zrobiłam przyprawiłam). Radośnie poczęstowała nas nawet czerwonym półsłodkim (lub półwytrawnym? się nie znam, wiem tylko, że kolor ładny, jeszcze się zdążę w życiu nauczyć rozpoznawać) i straszliwie dobrymi ciastkami, które właśnie mnie wzywają - nie mogę przecież pozwolić by tak smutno leżały na talerzyku.
om nom nom Julia
środa, 14 grudnia 2011
Stosunkowo udany dzień w szkole należy uczcić. Najlepiej złojeniem tyłka swemu chłopcu w scrabblach. Pisać mi się nie chce, za to możecie popatrzeć.
Julia
środa, 19 października 2011
Dzisiejsza wycieczka klasowa do Wrocławia była hmm... specyficzna. Z jednej strony, właściwie wyszło na to, że wywaliliśmy troszku pieniędzy tylko po to żeby się integrować w autokarze, moknąć w pobliżu pana przewodnika (oj słaby był, słaby), napić się gorącej czekolady (za słodka, sorry, zrzędzę) i obejrzeć Panoramę Racławicką. Z drugiej, muszę jednak przyznać, że bywało zabawnie, momentami zachowywaliśmy się nawet jakbyśmy byli zgrani klasowo. Do zapamiętania: a) radosne śpiewy dobiegające z tylnych siedzeń autokaru (o dziwo nie wszystkie ograniczały się tylko do refrenu) b) wysoki M. ma nieprawdopodobne właściwości grzewcze c) D. przecenia moje możliwości. bardzo. (ja miałabym zamęczyć całą wioskę facetów? no błagam... najwyżej połowę!) d) nie całuj się pod kościołem, bo dziwni panowie z białych dostawczych na ciebie zatrąbią w obronie moralności, świętości i innych takich e) jeśli prawie cała klasa nagle pije to samo to nie ma w tym nic podejrzanego f) nie ma takiej rzeczy, której B. nie zrobiłby żeby opchnąć perfumy g) 'param... param' P., zawsze gdzieś obok melodii (powinno być do śpiewów, ale to jakby zupełnie odrębna kategoria zdaje się być) h) w sercach nauczycieli również mieszka miłosierdzie - p. prof. ze względu na wycieczkę przełożyła nam jutrzejszy sprawdzian Dobra, znikam spać, bo i tak nic ciekawego nie napiszę. To dziwne, chodziłam dziś (zgodnie z krokomierzem) mniej niż podczas zwykłych zakupów z A. zwaną D. a i tak jestem zmęczona jakbym nie wiadomo co robiła. puff Julia
środa, 31 sierpnia 2011
Do poprzedniej notki - sok był również na parapecie i firance. Co prawda nie przebija kawy na suficie pokoju siostry (dłuuuga historia), ale i tak - efekt niezły. Wizyta u lekarza dość... dziwna. Rozmowa po spirometrii: - Dobrze się czujesz? - Tak. - Na pewno? Bo wyniki masz bardzo słabe. Zostałam zrugana za niewymienienie pościeli na hipoalergiczną (hypoalergiczną?) i znów strasznie kusiło mnie by powiedzieć, że nie wierzę w alergię - przynajmniej wątpię żeby to ona rozwalała mi zatoki. [trzygodzinna przerwa w pisaniu notki na scrabble podczas której zdążyłam zapomnieć co chciałam napisać] Na stronie szkoły pojawił się nowy plan lekcji. Już teraz wiem, że w nowym roku pokocham piątki (4 lekcje do 11.45). Poza tym okazało się, że zmieniono nam p. prof. od matematyki, na którą klasa narzekała, na taką, od której oczekuje cudu (tzn. przygotowania ich do matury). Tylko raz w tygodniu będę siedzieć do 9 lekcji (etyka, wiadomo). A w temacie szkoły jeszcze... po pierwsze zastanawiam się jakim cudem dotrę tam na 8 na rozpoczęcie (teleportacja?), a po drugie... ja naprawdę nie mam się w co ubrać. Tzn. nie mam bluzki, bo ze spódniczką i butami już jest ok. Wyjątkowo nawet przypomniało mi się o możliwym niedoborze w temacie rajstop wcześniej niż 10 minut przed wyjściem. Bez ładu i składu, ale nie oczekujcie dziś ode mnie myślenia. wciąż wakacyjna Julia Ta notka powinna być pełna pięknych planów jak spędzę ostatni dzień wakacji. Jakiś spontaniczny wypad, coś naprawdę dzikiego co zapamiętam do końca życia, bla bla bla... Nie oszukujmy się, te ostatnie chwile przed rozpoczęciem roku, którego przebieg zadecyduje o losach wszechświata, będą dość... słabe. Nie spotkam się z A. zwaną D. (która dopiero co przyleciała z takiej jednej wyspy), bo jest zajęta - co zrozumiałe, musi obskoczyć pół rodziny udowadniając że przeżyła te ostatnie 2 miesiące, ogarnąć jakieś zakupy i jeszcze przestawić się z trybu 'zabawa w dorosłość' na 'mieszkam z rodzicami i muszę się im podporządkować'. Zrobię drugie podejście do wizyty u lekarza, na którą przecież miałam bardzo dużo czasu, ale chęci jakoś nie. Poza tym jeszcze jakieś zakupy no i znalezienie odpowiedzi na pytanie 'czy w mojej szafie jest cokolwiek co mogłabym ubrać na rozpoczęcie?' (teraz twierdzę, że nie, ale pewnie będę zmuszona uznać, że tak). Jeśli starczy czasu pojadę do D., który się magicznie rozchorował, ale jeszcze nie wiem co z tego wyjdzie. A jak rozpoczął się ten ostatni dzień krótkotrwałej wolności? Szklanka z sokiem, karton z sokiem z pionu do poziomu -> marchewkowe szaleństwo na podłodze, lodówce, kaloryferze, ścianie, obrusie, poduszce na krześle, podkładkach pod talerze. Bosko. jakaś taka bezsensowna ta notka Julia
środa, 24 sierpnia 2011
Wczoraj już mi sił na notkę brakło, ale dziś, w pełni wypoczęta mogę pisać. Misję mocno opóźnionego opalania nóg kontynuuję latając ciągle w krótkich spodenkach i sukienkach (a D. się puszy, że mnie w końcu przekonał), w dalszym ciągu unikając jak ognia kostiumu kąpielowego. Małe zakompleksione istotki nie latają w bikini. Małe zakompleksione istotki kończą z nierównomierną opalenizną. No i trudno. Wczoraj byliśmy na kąpielisku, dość liczną jak na moje standardy grupą - aż 9 osób, w tym 4 słodkie parki i P. zwany B. (kiedyś pisałam o nim tylko B., ale chyba będę musiała pisać o nim w ten sposób, gdyż jest jeszcze jeden B.), który nie przygruchał sobie jeszcze żadnej fajnej pary cycków. Najpierw miałam opory, ale w końcu stwierdziłam, że a co mi tam, jadę - bo D. przestanie marudzić, że jeszcze tam z nim nie byłam, bo B. wrócił z Katalonii, a moje nogi wciąż blade. No i właściwie nie miałam nic innego do roboty. Ostatecznie było przyjemnie, bez fajerwerków może, ale tak prawdziwie wakacyjnie. Co prawda boskie środki komunikacji miejskiej próbowały popsuć mi nastrój w drodze powrotnej (rozumiem gdyby jeszcze tramwaje, ale żeby i wy autobusy przeciwko mnie?), ale się nie dałam. Byłam tylko piekielnie głodna, ale na szczęście Mamita powitała mnie w domu wizją pysznego makaronu. W perspektywie na dziś - znów szkoła. Nie pamiętam czy o tym wspominałam, ale chyba nie. Nie mogłam po prostu przyjść, powiedzieć, że zgubiłam legitymację, dać zdjęcie do nowej i pieniążki i mieć spokój, oooo nie. Pani sekretarka poinformowała mnie, że muszę złożyć podanie oraz załączyć dowód wpłaty na konto (pieniądze przekazane w normalny sposób mają chyba mniejszą wartość). Tak więc dziś muszę znowu ją odwiedzić, oddać moje przecudownie napisane podanie i odbyć swoją lekcję biurokracji. O wiele lepiej poszło mi za to w bibliotece - wystarczyło wypełnić danymi jeden świstek, kasę za kartę dam kiedy już będzie do odbioru a zanim to nastąpi spokojnie mogę wpadać i wypożyczać. Wszystko szybko, łatwo, bezboleśnie i z uśmiechem. Poza tym, jak już byłam przy planach na dziś, to już chyba czas wybrać się na Pokątną po nową różdżkę i księgę do eliksirów... będzie gorąco Julia
środa, 17 sierpnia 2011
Na (jeśli dobrze pamiętam) 11 urodziny dostałam portfel. Był, jak wtedy sądziłam, piękny: fioletowy, z wstawką imitującą owczą wełnę oraz zielonymi frędzlami, z Nici - każdy w klasie wtedy coś z tego miał. Bardzo szybko portfel podobać się przestał, a i jakoś nie było co w nim nosić (drobne na słodycze zawsze fajniej w kieszeni). Odgrzebany został w gimnazjum i niemal natychmiast pozbawiony paskudnych frędzli. Od tamtego czasu stał się moim stałym portfelem, bo nigdy właściwie nie było mi po drodze kupić nowy. Aż do dziś. Nie wiem czy go zgubiłam, czy ktoś podstępnie go podpierdolił ukradł w którymś z przeuroczych środków komunikacji miejskiej, które zaszczyciłam dziś swoją obecnością. Wiem, że go nie ma. A wraz z nim biletu miesięcznego, legitymacji, ok. 15zł, karty do biblioteki, zdjęć D., A. zwanej D. i Aś, wypełnionego kuponiku na kawę w McD, który to miałam w końcu zrealizować, świętych obrazków z czasu gdy nie uciekałam z domu na hasło 'kolęda', plastikowego czegoś - pamiątki z imprezy w Lubece (nie, nie tej kiedy ja z nieznajomym Niemcem...), oraz pewnie jeszcze wielu innych rzeczy, których nie mogę sobie przypomnieć. Co ciekawe - nie rozpaczam. Tzn. nie ma szlochów, jęków i ataku nerwicy. Jasne, kiedy zauważyłam brak portfela, a także kiedy straciłam nadzieję na jego odnalezienie miałam ochotę się rozpłakać i w dalszym ciągu trochę mnie to smuci. Dzisiejszy dzień był jednak zbyt udany, by nawet tego typu strata mogła mi go zepsuć. Wybierając się do D. odkryłam w jednym z osiedlowych sklepów obecność czekoladek firmy Skawa, które znajdują się u mnie na liście tzw. smaków dzieciństwa, w kategorii wakacyjnych. Kupowałyśmy je z siostrą w małym wiejskim sklepiku na zadupiu, gdzie spędzałyśmy każde wakacje do hmm... 10? 11? roku życia. Zmieniło się co prawda opakowanie (kiedyś | dziś), lecz w środku wciąż są takie jak były, może tylko modele samochodów troszkę nowsze. To pierwszy raz kiedy udało mi się je upolować poza Małopolską, albo właściwie pierwszy poza tamtym sklepem. W smaku niby bez rewelacji, ale no... autka! [rozanielone dziecko mode on] Na dzisiejszy dzień D. zaplanował dla nas piknik, a że ja w końcu dałam się zaszantażować i włożyłam krótkie spodenki, to właściwie więcej chodziliśmy niż siedzieliśmy (no bo w ruchu ponoć bardziej się człowiek opala). Z resztą, to zadupie, znajdujące się co prawda wciąż na terenie jego miasta, przypominało mi bardzo kilka miejsc, w których zwykłyśmy z Mamą i Siostrą robić sobie wycieczki, właśnie tam gdzie spędzałam wakacje jako dziecko. Nawet jeśli w pewnym momencie musieliśmy się wracać spory kawałek, bo okazało się, że D. pomylił drogę (bronił się później, że się zapatrzył na nóżki) i tak było cudownie. Jak człowiek tak chodzi i chodzi, to może i przez chwilę jest zmierzły ze zmęczenia, potem jednak wchodzi w rytm i owe zmęczenie akceptuje. Brak portfela zauważyłam dopiero gdy wsiedliśmy do autobusu powrotnego (chciałam pochwalić się kierowcy biletem) i zmusił on nas do szybkiej ewakuacji z autobusu i marszu z powrotem na pola. Przedstawiając dość logiczny argument, że jeśli pójdzie sam i zostawi mi rzeczy to będzie szybciej, D. poleciał na poszukiwanie mojej zguby (później zdradził mi, że przewidział po prostu, że zrozpaczona wpadnę w złość i będę wyładowywać ją na nim, co doprowadziłoby do strasznej kłótni). Ja zostałam na przystanku i zasadniczo nie robiłam nic poza stanowieniem dość żałosnego widoku, oraz próbowaniem przypomnieć sobie kiedy ostatni raz widziałam portfel. Po godzinie D. wrócił z pustymi rękoma, więc pojechaliśmy do niego na dość już spóźniony obiad, podczas którego po raz pierwszy usatysfakcjonowałam jego mamę zjadając całe dwa dania (a że dotoczyć się potem do pokoju było ciężko, to cóż...). Potem grzecznie zwinęłam się do domu i... oto jestem i piszę tę strasznie długą notkę. Z ciekawych informacji: moja Siostra wygrała dziś suszarkę i dwa dmuchane foteliki dla telefonów (tzn. suszarka jest dla ludzi). Na pocieszenie dała mi jeden z tych fotelików - pewnie mój telefon często na nim 'siedział' nie będzie, bo ma tendencję do gubienia się w mieszkaniu gdy tylko choć na chwilę wyjmę go z kieszeni, ale i tak, ładny gest. Nie gubcie się! nieostrożna, nieuważna, nieodpowiedzialna i wgl bardzo nie Julia
środa, 13 lipca 2011
Czemu jest 7 rano w wakacje a ja nie śpię? Dobre pytanie. Odpowiedzią może być chyba wyłącznie fakt, że o 10 mam się stawić w parku coby doprowadzić nogi do właściwego koloru, dojazd zajmie mi prawie godzinę a włosy schną zwykle 2 godziny (bo suszarki to zło, jakby ktoś nie wiedział). Wczorajszy dzień uznałabym za udany. Może i wizyta u D. zaczęła się od wielkiego rzucania gromami (albo mi się zdaje, albo to była pierwsza kłótnia nie-online czyli z darciem mordy - ja - i wielkim nieogarnianiem o co mi właściwie chodzi - on i troszkę ja -), ale w sumie po kłótni trzeba się pogodzić... No i ta pizza w kształcie serca to było mistrzostwo (mój cały wkład w jej robienie to chyba tylko pokrojenie pomidora i grzybów, ale ćśś...). A zwana D wylądowała bezpiecznie i jeszcze nie zaczęła narzekać na Anglię, więc poza ogromną tęsknotą za mną chyba nie jest jej tam źle. a jak tam z waszą opalenizną? Julia |
Zakładki:
Autorka szablonu
Czytam
Moje
Tagi
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||