18 lat, zbyt wiele marzeń, planów, wspomnień. próba uporządkowania życia po tym jak wszystko się w nim zawaliło. pamiętnik licealistki, która nie wie czego chce, ale wciąż tego szuka.

Wpisy z tagiem: piątek

piątek, 27 kwietnia 2012

Był ostatni dzwonek, było zakończenie, wręczenie świadectw... Zakończenie o tyle pozytywne, że niektóre osoby z klasy zostały wyróżnione, no i drugoklasiści wyjątkowo postarali się z filmem pożegnalnym. Podczas spotkania w klasie p. prof. oczywiście nie byłaby sobą gdyby nie wspomniała o tym, że jesteśmy (byliśmy) klasą indywidualistów, niezgraną, że nie podobała jej się ostatnia wigilia i że ma nadzieję, że wśród prezentów dla niej jest też zdjęcie, bo ona się biedna nie mogła doprosić od nas zdjęcia klasowego. Buziaki, gratulacje, pamiątkowa foteczka i to by było na tyle. Z A. zwaną D. oczywiście nie mogłyśmy odpuścić sobie rozmowy z p. prof. od etyki/wosu - gratulowałyśmy mu oskarowej roli w filmie, życzyłyśmy aby został dyrektorem (bo ponoć ma kandydować na miejsce obecnego) i podziękowałyśmy: ja za 3 lata etyki, ona za przygotowanie do matury z wosu. Do reszty nauczycieli jakoś nie było okazji, zobaczymy się z resztą na maturach, a i po nich pewnie jeszcze kiedyś.

Świętowania jednak trochę było. Ot, wypad na piwo, prawie całą klasą (chociaż oczywiście z podziałem na grupki, bo wzruszenie wzruszeniem, ale pewne osoby i tak się nie trawią). Było ok, nawet całkiem zabawnie, ale i tak zebrałam się wcześniej - mogłabym tu podać wszystkie powody, ale właściwie kogo to obchodzi.

Tak naprawdę to nie czuło się, że to koniec. Atmosfera była raczej taka jakbyśmy zwyczajnie poszli się napić po lekcjach - tylko ładniej ubrani i z teczkami z takim papierkiem, na którym podsumowane zostały 3 ostatnie lata naszego życia. Tylko może wszystkim bardziej zależało żeby było miło. Żebyśmy choć ten ostatni raz byli klasą.

...i skończyło się

Julia

niedziela, 15 kwietnia 2012

Ostatnie dwa dni potwornie intensywne. Piątek - najpierw szkoła, zaraz potem praca. Sobota - targ, no i znowu. Jak wracam do domu to nóżki już z lekka odpadają, ale cóż... bywa.

Z ciekawych przypadków w piątek restaurację odwiedziło dwóch Włochów, którzy liczyli na to, że po pracy wyskoczę z nimi do klubu, a wczoraj dwie Hiszpanki i znów dwójka Włochów - śmiali się, że jestem 'poliglotką', kiedy poza gadaniem po angielsku wtrąciłam jedno jedyne hiszpańskie słowo jakie przyszło mi po 3 latach nauki do głowy: cerveza. Ciężko mi się zbierało od nich zamówienie, bo co chwila przełączali się z angielskiego na swoje języki, ale i tak jak zwykle rozweseliła mnie możliwość użycia obcego języka w 'prawdziwym' życiu.

Wczoraj, kiedy już myślałam, że niedługo będę się zbierać (dochodziła 22) inteligentnie wpadłam na to, żeby zapytać do której właściwie mam siedzieć. Okazało się, że do zamknięcia. Czyli teoretycznie do 23, w praktyce co najmniej pół godziny dłużej, bo jeszcze trzeba posprzątać. Jak jeszcze usłyszałam, że grupka chłopaków siedząca przy jednym ze stolików poprzedniego dnia nie zmyła się do 1 to myślałam, że się załamię. Ale jak to stwierdził później szef, widzieli jak ziewam, zlitowali się i poszli grzecznie wcześniej. Przy czym i tak już wszystkie autobusy jadące do mnie dawno zwiały więc musieli mnie z szefową odwieźć.

Najpopularniejszą potrawą jest u nas placek po węgiersku. Do tego stopnia, że pod koniec dnia gdy przychodzi się do kucharza z karteczką z tym właśnie zamówieniem to jest szczęśliwy jak uczeń IIIa, który po nadrobieniu wszystkich zaległych wypracowań z angielskiego dowiaduje się, że kiedy go nie było przez tydzień zadano kolejne dwa. Albo nawet bardziej.

Wciąż toczę ciężkie boje z automatem do lodów. I ciągle przegrywam. Biorąc pod uwagę w jakim składzie będziemy pracować dzisiaj to już chyba będę musiała zacząć wygrywać, bo inaczej będzie baaardzo źle.

A tak w ogóle to potrzebuję randki. Nielimitowanej czasowo, porządnej randki. Aż zaczynam rozważać czy nie zrobić sobie mocno spóźnionego dnia wagarowicza. Albo najlepiej dwóch. Ewentualnie...

odmóżdżona z lekka, ale wciąż się trzymam

Julia

sobota, 31 marca 2012

1. Na początek zacznij marzyć o tym na co byś wydawał/a pieniądze gdybyś je miał/a.

2. Gadaj w kółko 'chyba w końcu poszukam sobie jakiejś pracy'. Najlepiej tak przez minimum 3 lata.

3. Przeglądaj regularnie oferty w internecie.

4. Jeśli jakimś cudem znajdziesz coś sensownego rozważaj wysłanie CV.

5. Kończ całą sprawę na rozważaniach oraz rozmyślaniu jak by to było tam pracować.

6. Pkt. 3, 4 i 5 powtórz, ale z ofertami z gazet.

7. Ogłoszenia wywieszane na witrynach sklepów czytaj i mijaj wymyślając powody dla których i tak by cię nie przyjęto.

8. Nie zapomnij dalej fantazjować o tym jak to by było mieć pracę. W międzyczasie wyrób sobie książeczkę sanepidu, aby lepiej wmawiać sobie, że serio szukasz pracy.

9. Idź na randkę ze swoim cudownym mężczyzną / swoją cudowną kobietą. (jeśli nie masz to znajdź, bo inaczej cała sprawa nie wypali.)

10. Naładowawszy bateryjki miłością w parku (miłością-miłością jako niewinnym uczuciem, a nie miłością-seksem; chociaż w sumie jak kto lubi) udajcie się na spacer po mieście.

11. Przejdzie koło restauracji z ogłoszeniem o poszukiwaniu pracownika w oknie.

12. Przystańcie kawałek dalej.

13. Zawróćcie.

14. Wejdźcie zapytać o szczegóły z myślą, że przecież i tak cię nie przyjmą, bo nie masz doświadczenia, ale jak zostawisz CV to będziesz mógł/mogła powiedzieć, że przecież próbowałeś/łaś.

15. Zostań od razu zaproszony/a na rozmowę z potencjalnym szefem.

16. Odpowiadaj w miarę inteligentnie na pytania, podaj jakąś niewielką liczbę jako stawkę godzinową i zbyt optymistycznie potraktuj sprawę późnych powrotów (zapominając, że tam gdzie mieszkasz chyba zwijają asfalt na noc, bo rozkłady jazdy urywają się o godzinie 23).

17. Po powrocie do domu sprawdź rozkłady jazdy. Przygotuj w głowie dialog, w którym mówisz potencjalnemu szefowi, że jednak nie jesteś tak dyspozycyjny/a jak wspominałeś/łaś. Niech ten dialog kończy się odmową przyjęcia cię do pracy, ewentualnie bardziej cywilizowanym 'zadzwonimy do ciebie'.

18. Donieś CV i książeczkę w godzinach największego oblężenia restauracji. Nie miej okazji powiedzieć o problemie z godzinami, ale zostań wstępnie przyjęty/a.

19. Tydzień później przyjdź z myślą, że najpierw obgadacie szczegóły. Na wejściu dostań fartuszek i zostań zastrzelony/a pytaniem czy umiesz robić macchiato (w ogłoszeniu była mowa o sprzedaży lodów).

20. Spędź 7 godzin na uświadamianiu sobie jak wiele nie potrafisz:

  • robić świderków
  • nakładać idealnie kulistych gałek lodów
  • spieniać mleka
  • zapamiętać który przycisk w ekspresie jest do czego, która filiżanka jest do której kawy, która łyżeczka jest do czego, czym masz kroić tiramisu etc.
  • ustawiać idealnie podstawkę z serwetkami i świecznik

21. Naucz się:

  • prawie zawsze dobrze lać piwo (głupia piana)
  • jak się robi macchiato (prawie)
  • we właściwy sposób zbierać zamówienia i przekazywać w kuchni
  • mniej więcej gdzie co jest (ale poproszony/a o cokolwiek wciąż miotaj się w panice)
  • że do kawy na talerzyku masz dodać faworka (ale zapominaj o tym za każdym razem gdy ktoś patrzy co robisz)
  • że fartuszek ma magiczną moc sprawiania, że ludzie będą na ciebie patrzeć z politowaniem
  • magicznego sposobu na układanie serwetek

22. Pod koniec dnia, po całym kuble i 4 wafelkach zmarnowanych lodów, gdy przez bitą godzinę nie ma ani jednego klienta walcz z samym/samą sobą aby się nie rozpłakać z frustracji.

23. Dogadaj się co do godzin z łatwością, której możliwości nie dopuszcza twój paranoiczny umysł.

24. Podpisz umowę sugerując, że może lepiej nie do września a na razie na miesiąc i uciesz się, że szef sam zaproponował, że jeśli po tym miesiącu przedłużycie umowę to z odrobinkę lepszą stawką.

25. Wracaj do domu radośnie jakbyś parę godzin wcześniej nie stał/a na granicy rozpaczy.

26. Miej problem z zaśnięciem z nadmiaru emocji i przez obolałe, nieprzyzwyczajone do stania lub chodzenia bez przerwy tyle czasu nogi.

27. Obudź się rano z przerażeniem, że masz pracę, że dziś znowu tam idziesz, że w dalszym ciągu nie wychodzi ci robienie tych koszmarnych świderków, że przez noc pewnie już zapomniałeś/łaś jak się obsługuje ekspres do kawy, że jak wylądujesz na zmywaku to pewnie dojdzie do tragedii.... etc.

28. W przebłysku pozytywnego myślenia przypomnij sobie, że przecież niczego nie potłukłeś/łaś i nie zrobiłeś/łaś sobie ani innym krzywdy (pomijając to jedno uderzenie o drzwiczki od szafki, ale to przecież zdarza ci się średnio 2 razy w tygodniu w domu).

29. Napisz o wszystkim na blogu.

30. Przypomnij sobie, że wszystko co przyjął wczoraj twój organizm to bułka na śniadanie, 2 maleńkie ciasteczka, rogalik zamiast obiadu i dwa ze zmarnowanych wafelków. Popędź do kuchni obżerać się jak bulimik/bulimiczka.

 

No więc, od wczoraj wasza pseudoblogerka marnotrawna ma prawdziwą, legalną pracę. Do końca przyszłego miesiąca, chyba że przejrzą na oczy i ją wyrzucą. Piątki, soboty i niedziele szykują się wyjęte z życia - czyż można wybrać sobie na to lepszy moment niż na miesiąc przed maturą? Zaletą może być to, że już po pierwszym dniu ciągłe gapienie się na ciasta i desery wywołało we mnie słodyczowstręt. No i świadomość, że jeśli jakimś cudem nie wytłukę im całej zastawy, nie wysadzę w kosmos żadnego urządzenia, albo nie spowoduję trwałego uszkodzenia ciała któregoś ze współpracowników, to są szanse, że coś zarobię.

 

kochacie mnie, choć to trudna miłość

Julia


piątek, 27 stycznia 2012

Kiedyś myślałam, że w przypadku konfliktu o cóż.. głupotę, wystarczy przedstawić spokojnie i w sposób logiczny swój punkt widzenia, pozwolić drugiej stronie przedstawić swój, przemyśleć jeden i drugi i bez niepotrzebnych emocji pogadać i dość do kompromisu lub przynajmniej zrozumienia (jeśli kompromis jest niemożliwy do osiągnięcia).

Dziś jednak okazało się, że definicja kompromisu, którą przekazywano mi w szkole jest błędna. Może sobie istnieć w książkach, ale w prawdziwym życiu kompromis jest wtedy, kiedy przyznasz komuś rację, lub zrobisz to czego chce. Moje argumenty się nie liczą, przecież są błędne (zapisać. zapamiętać).

Wyszło również na to, że logika i spokój też są bez sensu, bo przez przypadek może ci wyjść zbyt ładny, cywilizowany język. "Wybitne teksty", cokolwiek to znaczy. I znów, jak wyżej, po co w ogóle się odzywałam skoro racja jest tylko po jednej stronie.

Przeciwstawianie się woli kilku osób to nie asertywność. To zgrywanie bohatera. (to również radzę zapisać)

Rozumiem, że ktoś może mieć inne poglądy. I że brak zgrania w naszej klasie jest problemem. Że kiedy ktoś ci się przeciwstawia automatyczną reakcją jest złość (ja też na początku zareagowałam przesadnie, przyznaję, refleksja jak zwykle nadjechała z opóźnieniem). Jednak nie jestem w stanie pojąć tego, że ktoś nie przyjmuje do wiadomości, że racja nie zawsze leży po jednej stronie (racje cząstkowe, tak się na to mówi?). Że kiedy trzeba coś wspólnie zorganizować to każdy ma to gdzieś, ale prawdziwą miarą klasowej solidarności są wagary. Że po pierwszej fali gniewu nie da się opanować emocji.

Tak, byłam dziś tą frajerką, która zepsuła klasowe wagary. W dniu, kiedy mieliśmy 4 lekcje, ostatnią - polski, na którym nie było odpytywania, za to p. prof. przekazała nam dość istotne informacje co do planów na po feriach i wyjaśniła ostatnie opowiadanie Borowskiego, które zostało nam do omówienia (moim zdaniem najtrudniejsze do ogarnięcia ze wszystkich, ale jak wiadomo moje zdanie nie ma wartości). Miało nas zostać kilka osób - było kilkanaście. Pech chciał, że wychowawczyni wpadła coś sprawdzić w dzienniku i postanowiła poinformować rodziców osób, które zwiały o mało tajemniczym zniknięciu ich dorosłych dzieci na przerwie między 3 a 4 godziną lekcyjną. Nie należy ona raczej do fanek zrywania się w 3 klasie z maturalnego przedmiotu na 3 miesiące przed egzaminami (szczególnie jeśli jej klasa nie objawia raczej swego geniuszu w dziedzinie języka ojczystego). Jej metoda walki z tym nie jest może zbyt efektywna, za to świetnie utwierdza wszystkich w przekonaniu, iż są traktowani jak dzieci (co oczywiście raczej nie cieszy dumnych posiadaczy dowodów osobistych).

 

A jeśli chodzi o pozytywne aspekty dzisiejszego dnia to stwierdzam, że krótkie spotkanie z muzyką kubańską było całkiem dobrym pomysłem na spędzenie wieczoru. Pocieszni wykonawcy, rytmy pełne słońca i nieudolne próby tańczenia tak jak prezentowała pani Wielka Miłośniczka Kuby - taaak, tego było mi trzeba. No i ekspresowe zakupy z chłopcami czyli kurs "jak w możliwie jak najkrótszym czasie oblecieć wszystkie sklepy i stwierdzić, że nie ma ładnych koszul".

 

A. zwana D. mistrz kierownicy.

 

Julia

Tagi: piątek
22:49, juzia93 , codzienne
Link Komentarze (7) »
piątek, 30 grudnia 2011

Witaj studniówkowa sukienko. I niech nikt mi nie próbuje mówić, że nie jest ładna - już kupiłam, dostałam rabat, więc zwrotów nie ma. Jest za to spokój i może mi się studniówka przestać śnić po nocach.

źródło: http://store.orsay.com

 Do plusów sukienki zaliczyłabym: cenę (kosztowała mniej niż planowałam wydać), kolor (nawet jeśli szanownej p. prof. miałby się nie spodobać), fakt, że jest dopasowana (zwykle Orsay ma zawyżoną rozmiarówkę, chyba że to ja niewymiarowa jestem) i nie wyglądam w niej tak strasznie deskowato jak w 99% innych. Materiał może nie zachwyca, ale przynajmniej Mamita mi nie powie, że zbyt matowy, jak na codzienną sukienkę. Muszę tylko odwiedzić ciocię aby mi ją poprawiła, bo mam najwyraźniej zbyt wątłe ramiona (albo kiecka była szyta na wysportowane, barczyste kobiety).

Siostra oczywiście radziła mi się zastanowić czy nie okaże się, że jakaś dziewczyna przyjdzie w takiej samej, ale postanowiłam to olać. Jeśli się zdublujemy to zwyczajnie będzie to znak, że obydwie mamy dobry gust.

Teraz jeszcze tylko ogarnąć dodatki... I powinno być nieźle.

radosna

Julia

piątek, 18 listopada 2011

Dziś koło godziny 18, esemesowa wymiana zdań:

- chciałabyś się spotkać?

- kiedy?

- wyjrzyj przez okno swojego pokoju :D

Co prawda nie czekał tam z gitarą, na serenadę nie miałam co liczyć, ale i tak... moja potrzeba romantyzmu została zaspokojona. Sekundę później oczywiście wpadłam w popłoch - w pokoju bałagan, włosy tragiczne, Siostra swoje właśnie farbowała... Apokalipsa, ot co. Zaczęłam wrzucać na siebie ciuchy coby wybiec przed klatkę na spotkanie, Mamita postanowiła dorzucić swoją cegiełkę do budowania romantycznej atmosfery wręczając mi worek ze śmieciami i rozkazując się ich pozbyć po drodze. No świetnie.

- to dla ciebie (wręcza mi żółciutki liść kasztanowca)

- chodź, wyrzucimy śmieci.

- ponieść ci worek? (gentleman)

Dalej było wspólne oglądanie Pingwinów z Madagaskaru, TBBT i Dwóch i pół (Siostra nie dość, że zaszczyciła nas swoją obecnością to jeszcze przyniosła chrupki!), pyszna kolacja zrobiona przez Mamitę, fascynowanie się kotami, niezwykle poważne rozmowy z Aerosmith w tle i uderzenie okrutnej rzeczywistości -> czas powrotu póki jeszcze autobusy jeżdżą częściej niż co 2 godziny.

Z zadowoleniem stwierdzam, że co jak co, ale chłopak to mi się całkiem udany trafił (oczywiście wmawiam sobie też geniusz moich umiejętności wychowawczych).

zaskakujmy się!

Julia

PS. dla tych, którzy wciąż nie czają niezwykłości wydarzeń dzisiejszego wieczoru: D. mieszka bardzo daleko ode mnie (trza się tłuc komunikacją miejska min. 50 minut, a jak się ma pecha to nawet z 1,5h) i jeszcze dodatkowo miał być w tym czasie na koncercie.

piątek, 11 listopada 2011

Siedzieliście kiedyś w kinie w pierwszym rzędzie? Mnie się ta bardzo wątpliwa przyjemność zdarzyła do tej pory dwa razy.

Pierwszy raz, to była podstawówka, szkolny wypad na "Mój brat niedźwiedź". Jakaś inna grupa perfidnie przylazła wcześniej i zajęła nasze miejsca, a nauczycielki żeby nie robić zamętu kazały nam usiąść na tych które zostały - oczywiście w pierwszych rzędach. Pamiętam to uczucie niesprawiedliwości i krzywdy odczuwane gdy tamte dzieciaki rzucały nam triumfalne spojrzenia z lepszych miejsc. Zasada wyższości osób siedzących w tylnych rzędach obowiązywała zawsze: w klasie, w kinie, w autokarze - z przodu lądowali tylko frajerzy. Trudności w oglądaniu filmu nie miałam jednak jakiś szczególnych, przynajmniej nie przypominam sobie.

Drugi dziś, kilka godzin temu. Ale to może od początku, co?

Zaczęło się od tego, że T-mobile zeżarł Erę. W związku z tym zakończył się program zbierania punktów na nagrody i trzeba było je na szybko wykorzystać. Mamita punktów uzbieranych miała trochę, więc parę drobnych rzeczy za nie zgarnęła, a resztki przeznaczyła na bilety do kina - dostaje się kod na telefon, pokazuje w kasie, jeden bilet masz za darmo, drugi musisz kupić.

Dziś popołudniu Mamita z Siostrą postanowiły, że wykorzystają jeden z tych kodów i obejrzą sobie "Niebezpieczną Metodę". Wybrały kino, zaplanowały podróż (daleką, bo oczywiście w najbliższym Cinema City nie mogą puszczać tych filmów, które chciałybyśmy obejrzeć), po czym stwierdziły, że właściwie to mogłabym jechać z nimi. Po zgrywaniu niedostępnej i obojętnej oczywiście się zgodziłam (kocham zestawienie wyrażeń 'chodź do kina' i 'ja stawiam bilety').

Na chwilkę przed wyjściem Siostra odkryła, bardzo inteligentnie, iż kod na telefonie miała, ale go (geniusz) usunęła. Usłyszawszy to pogrążyłam się w uczuciu ogromnej rezygnacji - dzień wolny, ja ogarnięta, ba, nawet ubrana, a tu się okazuje, że niepotrzebnie! Mamita jednak kod magicznie odzyskała zanim zdążyłam powziąć decyzję o wyswobodzeniu się ze spodni i stanika (dziwie to brzmi, wiem, ale czyż można się czuć bardziej swobodnie, nie siejąc równocześnie zgorszenia, niż latając po mieszkaniu w samych majtkach i koszulce?) i wyprawa została uratowana.

Kiedy już potwornie zmarznięte dotarłyśmy do kina, przeżyłyśmy niemałe zaskoczenie - tłum przed kasami był ogromny. No dobra, plakaty z informacją, że 11.11.11 bilety będą za 11zł z okazji 11 urodzin kina, mogły nas na to naprowadzić, ale trzeba by je jeszcze wcześniej zauważyć. Byłyśmy jednak dobrej myśli. Coś w stylu "pewnie ci wszyscy ludzie przyleźli tu na jakieś komedie romantyczne czy coś...". Odstałyśmy 1,5 wieczności w kolejce po czym stanęłyśmy przed wyborem: bierzemy miejsca w pierwszym rzędzie czy wybieramy inny film? Uznałyśmy, że pewnie nie będzie tak źle i pozostałyśmy przy "Niebezpiecznej Metodzie". Kodu nie wykorzystałyśmy, bo promocji się przecież nie łączy.

Film dobry, ale z pewnością lepiej by się go oglądało nie musząc ciągle zadzierać głowy lub w połowie leżeć. Ah no i jeszcze ludzie wchodzący i wychodzący co chwilę z sali wprowadzając do niej szumy tłumnie obleganych kas. Taaa....

No, postukałam sobie bez sensu w klawiaturę, mogę się zająć czymś teoretycznie bardziej pożytecznym.

A. zwana D. od jutra będzie stara, wiecie?

Julia

piątek, 14 października 2011

Zabawny jakoś jest fakt, że o ile o maturze staramy się wspominać jak najrzadziej to temat studniówki nie schodzi z forum. Kiedy, gdzie, za ile - to już wiadomo. Teraz czas na poważniejsze kwestie - z kim i (najgorsze) w czym.

Dziewczyny z klasy, którym wcześniej jakoś z chłopakami było nie po drodze, lub nie dawały się żadnemu uwiązać, wyruszyły na łowy. Bardziej urodziwe okazy spośród samców mają się na baczności, mniej - polują lub szykują do przyjęcia roli hien. Mogę się śmiać z nich do woli, ale sama wiem, że na ich miejscu pewnie też bym schizowała. Nie, pojawienie się na studniówce bez pary to nie tragedia, ale jednak w większości poddajemy się tej presji i popadamy w chwilowe lekkie szaleństwo. Raz w życiu można, nie? Trzeba do końca wykorzystać limit młodzieńczej głupoty (oczywiście zostawimy sobie jakiś zapas na studia).

O ile wielkie poszukiwania w kwestii partnera póki co mnie nie dotyczą (i oby nie dotyczyły) to sukienkowe... Eh. Jeśli moim jednym przygotowaniem do egzaminu gimnazjalnego (tak strasznie dawno temu) było zaplanowanie z dwumiesięcznym wyprzedzeniem w co się ubiorę to chyba możecie się domyślać co się będzie działo przed studniówką. Jedno jest pewne - zwyczajnie nie może być. A plany w głowie się mnożą jak naćpane króliczki. Najnowszy? Cekiny, duuuuuuuużo cekinów (i cóż, że do sytuacji nie pasują). 

 

A tak poza tym to dziś południe z A. zwaną D. (-Patrz. -Ładna ta tunika, przymierz! -Zwariowałaś? To S! -No przymierz, będzie dobra!; bo ja mam zawsze rację)

Później wizyta u cioci U. - wolałam nie liczyć ile razy facepalm-owała moje teksty. Może i wyrosłam, ale durnymi tekstami rzucam tak samo jak lata temu. Za to można mnie tylko kochać, tak sobie wmawiam.

Nie wpadłam przywitać się z Paris w SCC - czyżbym przegapiła swoją życiową szansę na stanie się jej BFF?

Właśnie odkryłam, że gdybym jako mała (tzn. jeszcze mniejsza) dziewczynka nie przeczytała "Ani z Zielonego Wzgórza" to D. nie obrywałby tak często po głowie. Po prostu nie miałabym takiego wzorca. Wszystko wina listy lektur z podstawówki! Z braku tabliczki i podręcznik do hiszpańskiego dobry :D

Chaos w notce.

 

zgadnijcie kto wczoraj zdał

Julia

PS. Siostra, kiedy znowu oglądamy Nicolasa w akcji?

sobota, 24 września 2011

Jakoś tak w piątek zapomniałam napisać notkę, tak więc teraz nadrabiam. Jak próbowałam sobie ułożyć co mogłabym o tym dniu napisać do głowy przyszły mi 3 rzeczy:

1) D. śmiał się, że podnieca mnie matematyka. Zwykle podczas rozwiązywania zadań wpadam w stan radosnej ekscytacji, emanuję zapałem o jaki zwykle u mnie ciężko, ale też jak mi coś nie wychodzi to włącza się tryb 'bez kija nie podchodź'. Mój związek z matematyką miewał swoje wzloty i upadki - poczynając od fascynacji dodawaniem i odejmowaniem, przez koszmar tabliczki mnożenia, radość z pierwszych udziałów w Kangurze i innych konkursach, pierwszą 2 w gimnazjum, aż po stan obecny czyli miłość wybiórczą (np. równania i delta tak, trygonometria i bryły nie, etc.).

2) Zakupy z A. zwaną D. - zwykłe sklepy, lumpy, jej zakup, moje zrzędzenie, że jestem spłukana (i właściwie całe kieszonkowe do końca roku mam już co do grosza rozplanowane na prezenty - urodziny, święta, rocznica, wszystko oczywiście na raz!), ploty. Pozytywnie.

3) Wśród native'ów w szkole językowej wielkie poruszenie - boski Tom z Manchesteru się żeni, oczywiście z polką. Gordon najpierw poprosił nas o rady co do picia na polskim weselu, a potem poinformował, że wybiera się w kilcie. W końcu jest szkotem, dumnym ze swojej narodowej tradycji. A jak tradycja to brak bielizny pod kiltem. Z tego co mówił to zwykle na uroczystościach największy problem stanowią staruszki, które podchodzą i pytają 'czy jesteś prawdziwym szkotem?' a potem postanawiają to namacalnie sprawdzić cisnąc im swe wiekowe rączki pod kiece. Już nie mogę się doczekać opowieści jak przeżył to wesele :D

 

Dzień dzisiejszy dość monotonny - znów miałam troszkę doła, ale już mi lepiej. Jest nutella, jest maraton z "Jak poznałem waszą matkę" i jest kot, który darzy szczególnym uczuciem mój zielono-pomarańczowy kocyk. Będzie lepiej.

Ah, no i mama chłopca od ziemniaków w żartach chciała uczynić ze mnie jego towarzystwo na jakieś wesele. On nie wykazał jednak zainteresowania, a raczej zażenowany unikał kontaktu wzrokowego i ogólnie jakiegokolwiek. Świetnie go rozumiem, dzieci nigdy nie byłyby w stanie zrobić rodzicom takiego przypału jaki oni potrafią zrobić nam.

 

tears dry on their own

Julia

piątek, 09 września 2011

Pierwszy pełny tydzień nauki w klasie 3 przeżyłam. Może i od poniedziałku do środy byłam kompletnie pozbawiona świadomości - co robię, po co i dlaczego nie mogę jeszcze iść spać - to i tak oceniam całość dość pozytywnie. Nawet dwie piąteczki już się koło mojego nazwiska zapisały :) - z aktywności z etyki tak na zachętę (powtórzenie od samego początku pierwszej klasy, nie miałam zeszytu, ale okazało się, że coś tam jeszcze pamiętam; siedzi człowiek spokojnie w ławce a tu nagle słowo anamneza zaczyna mu się po głowie tłuc) oraz zadania domowego z polskiego. Z tym zadaniem to w ogóle było tak, że uznałam, że szybciej będzie je napisać niż przeczytać Jądro Ciemności, więc tak zrobiłam i zgłosiłam się tylko po to żeby nie wpaść z nieprzeczytaniem lektury.

Jak już jestem przy w/w lekturze to muszę stwierdzić, że o ile w tygodniu próby jej przeczytania szły mi bardzo źle i zdążyłam zaliczyć ją do kategorii beznadziejnych, okazało się, że pochopnie. Wystarczyło pozytywne nastawienie, trochę snu i dobra kawa żeby książka wciągnęła mnie do tego stopnia, że prawie przeoczyłam swój przystanek. Bo to naprawdę niezłe jest, coby nie powiedzieć świetne. Troszkę schizolskie może, ale jednak daje człowiek radę się jakoś w tę historię wgryźć.

 

Tak w ogóle to chciałam zauważyć, że dziś jest 9 - część z was pewnie domyśla się co to oznacza. Kolejna miesięcznica, 11, jakkolwiek nie byłoby trudno w to uwierzyć. Jeśli się nie pomyliłam w obliczeniach to jest to 5% mojego dotychczasowego życia. Ładnie, ale jak to stwierdzamy co miesiąc 'pora zrywać'.

monogamia nie jest taka straszna

Julia

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Gry Online
Fight World Hunger