Wpisy z tagiem: niedziela
niedziela, 08 stycznia 2012
Zakupy z A. zwaną D. bardzo udane. Z jej strony stanik i buty na studniówkę, z mojej bolerko do sukienki, torebka (bo moja aktualna szkolna wygląda coraz bardziej przerażająco) i piękny kalendarz (bardzo książkowy) żebym w końcu zaczęła zapisywać rzeczy, o których wypadałoby pamiętać. Jeszcze tylko buty na studniówkę i koniec z zakupami, bo roztrwonię całą kasę, którą mam przecież przyoszczędzić w bardzo ważnym celu.
Później dałam się namówić na imprezę (zwykle nieszczęśliwie się składa, że jak ktoś chce gdzieś iść to albo nie mam czasu, albo nastroju), również całkiem niezłą. Może i muzyka nie powalała na kolana, ale co tam. W planach na dziś miał być teatr z A. zwaną D., ale niestety spektakl został odwołany. W takim razie czeka mnie wyprawa do cioci na przeróbkę sukienki. Właściwie to musiałabym już się zbierać... mmm, przyjemnie jest Julia
niedziela, 25 grudnia 2011
Pamiętam jak kiedyś twierdziłam uparcie, że ludzie się nie zmieniają. Miałam chyba nawet do tego jakieś Bardzo Logiczne wytłumaczenie, wiecie, taką wysoce filozoficzną argumentację małoletniej wszystkowiedzącej. A jednak, zmieniają się. Kiedy przypominam sobie rzeczywistość, w której żyłam rok temu... Wielkie zaskoczenie i niepewność zmieniły się w całkiem satysfakcjonującą codzienność. Najbardziej otwarta osoba jaką znałam w tą, która coraz częściej nie widzi dla siebie miejsca wśród ludzi. Chodząca uległość, w niemal pewność siebie. Dusza towarzystwa, w aliena. Ciche kujonki, w pseudo imprezowiczki. Zabawny chłopiec, w ośmieszającego się rozpaczliwym poszukiwaniem uczucia desperata. Inny, którego również ceniłam za poczucie humoru, w zgorzkniałego i onieśmielającego prześmiewcę. A może to tylko mi się zdaje? Może zmienił się jedynie sposób w jaki na nich patrzę, lub najzwyczajniej, to ja już nie jestem taka jak wcześniej. Tak, oczywiście, zauważam pewne zmiany w sobie, inne wytykają mi ludzie, mniej lub bardziej sprawiedliwie. Cóż, pewnych rzeczy nie da się ukryć. Jednak troszkę przeraża mnie kierunek w jakim to wszystko zmierza. Chyba, że to tylko ta pora. Pod płaszczykiem refleksji końca roku mógł przecież przyjść do mnie, zły, niedobry, choć tak przecież dobrze znany, pesymizm. Troszkę to wszystko nie ma końca. Ale przecież nigdy nie byłam dobra w kończeniu tego co zaczęłam. same old, same old Julia PS. piosenką dołączoną do notki miało być 'Nobody Knows' Dido, czyli melodyjka z czołówki Grey's Anatomy, ale po przesłuchaniu całości doszłam do wniosku, że poza refrenem nie da się jej słuchać
niedziela, 18 grudnia 2011
Miałam się uczyć geografii. Wiecie, sprawdzian od początku roku, taki co to mógłby zawalić średnią. Poważna sprawa. Spojrzałam jednak na zeszyt i stwierdziłam, że: a) nie posiadam połowy notatek (bo były gdzieś na kartkach albo nie było mnie na lekcji) b) połowa z posiadanej połowy jest nieodczytywalna c) nie umiem nawet połowy z odczytywalnej połowy posiadanej połowy. Na skutek takiego odkrycia doszłam do wniosku, że się poddam i zaufam swojemu szczęściu - nigdy nie było tak źle żebym na 2 nie napisała (tzn. pewnie było, ale wypieram takie wspomnienia z pamięci). No i się zaczęło. Poranne przerzucanie kanałów i złapanie samego początku VIII części Star Trek. Obejrzę, stwierdziłam, złapię sobie choć szczątkowy kontekst do oglądania TBBT. Minęło pół godziny i zaczynałam nawet czaić o co chodzi. No i oczywiście, jak to mam w zwyczaju, zastanawiałam się skąd kojarzę część aktorów (ostatecznie wyczaiłam: Betty Applewhite i tego kolesia który chciał zabić dziecko Suzan i Mike'a z Gotowych na Wszystko i prof. Xaviera z X-mena). Byłam dość uprzedzona do tego filmu, ale muszę przyznać, że nie był nawet taki zły. Może nawet obejrzę pozostałe części? Hmm... Później - Zelig. Zaczęłam go oglądać wczoraj wieczorem, ale byłam tak zmęczona, że padłam w połowie. Aż mi głupio było przerywać tak fajny film, ale chyba jeszcze gorzej bym się czuła gdybym zasnęła podczas oglądania go (nie wiem co mnie tak wymęczyło wcześniej, eh). Genialna historia, świetny pomysł z użyciem konwencji filmu dokumentalnego. Póki co, ze wszystkich filmów Allena ten chyba podoba mi się najbardziej. Na koniec, z innej bajki, Dreamgirls, bo takie zaległości też trzeba nadrabiać. Szału nie ma, ale obejrzeć można. Ładne piosenki, ładne buźki, ładne ciuchy, w tle niby bardzo poważna historia, ale jakoś się tego nie czuje. Dałam odpocząć oczkom, pozajmowałam się czymś innym, a gdy chwilę temu znów odpaliłam laptopa, na stronie z zastępstwami powitała mnie informacja, że geografii jutro nie ma. Taaak, mój wybór sposobu spędzenia czasu był jednak właściwy. Julia
niedziela, 11 grudnia 2011
Rozrywki dnia wczorajszego trzeba odpokutować dzisiaj. No bywa. Ferdydurke już dokończyłam czytać, machnęłam sobie wypracowanie na polski i notatki na sprawdzian z angielskiego (że się ich nauczyć jeszcze powinnam to lepiej nie mówić), teraz czas ogarniać wstępną wersję prezentacji maturalnej tzn. wytwór z polskiego. Miałabym to wszystko za sobą wcześniej gdybym nie spędziła stanowczo zbyt dużo czasu na przeglądaniu sklepów internetowych w poszukiwaniu potencjalnej sukienki na studniówkę - znalazłam jedną, która zdaniem Bee i A. zwanej D. nie wpisuje się w klimat imprezy i powinnam dać sobie z nią spokój, ale... Ale nie umiem. Jest stanowczo za ładna, zbyt oryginalna i o dziwo D. zgodził się ze mną co do przypuszczenia, że to może być TA kiecka. Wyróżniałaby się i nie wyglądałabym w niej jak mała dziewczynka, która włamała się mamie do szafy (jest taka tendencja, że dziewczyny na studniówkach strasznie się postarzają ciuchami i tapetą, a jeśli mają typ urody, który im na to nie pozwala, kończą wyglądając jak tzw. stare malutkie). Co więcej, są szanse, że może wykrzesałaby nawet troszkę kobiecości z mojej dość kłopotliwej figury (nie, nie przestanę narzekać, naoglądałam się dziś zbyt dużo pięknych sukienek z bardzo niedobrymi dla mnie dekoltami). Eh, Makbet wg. Kurosawy mnie wzywa, więc znikam. dostałam czekoladki. kończą się. oj niedobrze... Julia
niedziela, 13 listopada 2011
W ramach rozpoczęcia cyklu 'Sukienek, w których chciałabym iść na studniówkę, lecz nie pójdę': sukienka nr. 1. Zalety:
Minusy:
Siostra wita dzisiejszy poranek bez twarzy (nie pytajcie) Julia PS. opinia D. po zobaczeniu zdjęcia: " jakoś tak abażurem mi pachnie "
niedziela, 25 września 2011
Przyjazd D. jako lek na całe zło wszechświata. Spacer podczas którego nie byłam pewna gdzie właściwie idziemy - nieważne, że to ja pełniłam rolę przewodnika. Ogrom jedzenia na obiad, bo Mamita i Siostra wychodzą z założenia, że skoro D. jest rodzaju męskiego to powinien jeść jak górnik przed szychtą. Billie Holiday, Lykke Li, Oh Land. Wiersze przegryzane jabłkami. I różne takie. jutro szkoła? no co wy Julia
niedziela, 18 września 2011
Jutro szkoła? Oh, jak mi się nie chce. Jakież to smutne, ta nieuchronność powrotu do szkoły, nawet Mathilda po przyspieszonym kursie zabijania koniec końców w niej wylądowała (taaak, Siostra nadrabiała dziś moje ewidentne braki znajomości filmów). Jeszcze jak mam sprawdzian z angielskiego w perspektywie... naprawdę się człowiekowi odechciewa. Pewnie gdybym się w jakikolwiek sposób do niego przygotowała byłoby spoko, ale zasadniczo mi się nie chce i przeczuwam powtórkę z zeszłego roku kiedy dostałam za każde zadanie połowę punktów, gdyż p. prof. uznała, że w moim słownictwie nie widać progresu. A progres to podstawa. To sens życia. Najwyższa wartość w marnej licealnej egzystencji. Potrzebuję jakiegoś takiego kopa, zastrzyku energii by znowu mi się chciało czegokolwiek. A z tym ciężko, bardzo ciężko. Muszę znaleźć sobie coś na czym będzie mi naprawdę zależało i choć na chwilę skupić się na tym. Wiecie, mieć takie poczucie, że mam nad czymś kontrolę i że do czegoś zmierzam. Studia, dorosłość i takie tam - jeszcze nie czuję żeby to było to. Tak, pisałam to wiele razy, parę nawet udało mi się coś chociażby zacząć, lecz teraz... Nie wiem. Właściwie sama troszkę nie jestem pewna o co mi chodzi. Ale rozpracuję to jakoś. Chyba. idę pomarnować troszkę czasu Julia PS. Nie bierzecie na poważnie tego co piszę, prawda? Nie ma takiej potrzeby. PS2. Blox sabotuje moją dzisiejszą próbę wrzucenia notki - wywaliło mnie ze 3 razy podczas zapisywania zmian, nie chciało zalogować... Nieładnie, bardzo nieładnie.
niedziela, 19 czerwca 2011
Czasem nadchodzi taki moment, że choć znów namieszałam potwornie, nie mam już sił przepraszać i ganiać się byle tylko wszystko naprawić. Poukłada się, albo nie... czuję, że i tak nie mam na to wpływu. Mój los nie jest w moich rękach. To się chyba nazywa bezsilność. Skupię się raczej na sobie, na tym żeby się jakoś pozbierać. Oglądam przegadane filmy - dla takich właśnie chwil powstały Dwa dni w Paryżu (zakochuję się w Julie Delpy, a raczej odnawiam fascynację po Przed zachodem słońca) i Rozmowy z innymi kobietami. Spędzam długie minuty podziwiając niedorzecznie pomarańczowy lakier na paznokciach, który jakoś niespodziewanie komponuje mi się z całkiem zadowalającą opalenizną. Pod ręką mam czekoladę. Gęstą, mleczną, uruchamiającą fabrykę wymuszonego szczęścia. Jutro pewnie znów nie pójdę do szkoły (ostatni raz byłam we wtorek, teraz to i tak już kompletnie bezcelowe) - pole magnetyczne generowane przez łóżko nie pozwoli mi odejść. W środę zmuszę się by wyjść, spędzę koszmarne pół godziny zastanawiając się w co się ubrać i stwierdzając, że w niczym nie wyglądam dobrze, a tak w ogóle to przecież miałam ćwiczyć. A od czwartku... Tak, w czwartek wezmę się za siebie. Zdecydowanie. Będę biegać, pływać, katować się A6W czy co tam mi do głowy przyjdzie. Tymczasem pogniję sobie jeszcze w pokoju walcząc ze sobą by nie zadzwonić, nie napisać... Kolejny raz. Już nie. tęskniliście? Julia
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Znów notka opóźniona - wczoraj po powrocie z koncertów z okazji Dni miasta S. już nie miałam sił na pisanie. Chociaż nie, siły były, powiedziałabym nawet, że naładowały mi się bateryjki, ale jakoś chęci nie, no i łóżko wyglądało tak zachęcająco... Na początek Muariolanza (zupełnie jakbyście już skądś kojarzyli nazwę tego zespołu, nie?^^), na występie której, jak się niestety spodziewałam, było śmiesznie mało osób. Tzn. z czasem robiło się więcej, ale ludzie jednak przychodzili raczej na te zespoły częściej obecne w mediach. No i przyznać trzeba, że taki rodzaj muzyki nie do wszystkich trafi - chociaż dla mnie akurat specyficzność zawsze na plus. A o tym, że D. by sobie nie odpuścił okazji do gapienia się z uwielbieniem na 'tworzenie magii' przez jednego z ich gitarzystów, to już chyba wspominać nie muszę (z tego też powodu pewnie w przyszłą sobotę lub niedzielę po raz kolejny przeczytacie tu o tym zespole). Kolejni występowali Bracia, ale na początku to tylko tak mi gdzieś w tle lecieli, bo czekaliśmy z J. i B. na przystanku, gdyż ci uznali, że jest zamuła i się zwijają do domu. Z jednej strony trochę szkoda, bo D. bardzo zależy żebym się w końcu skumplowała z jego przyjaciółmi, ale z drugiej hmm... nie powiem żebym nie lubiła spędzać czasu tylko we dwoje. Szczególnie jak jemu włącza się tryb romantyczny. W tłum wmieszaliśmy się więc dopiero jakoś w połowie ich koncertu. W tłumie można było wyróżnić trzy grupy ludzi: maleńką próbującą zainicjować jakieś pogo, troszkę większą bujającą się (głównie pary) oraz zasadniczą większość - stojącą sztywno jak na mszy (z tą różnicą, że nie śpiewali nawet). Co ciekawe, zespół, za którym jakoś nigdy nie szalałam, wczoraj brzmiał dla mnie całkiem nieźle, była w tym jakaś energia. No i cover "Whole lotta love"... eh.... Póżniej, w oczekiwaniu na ostatni występ, poszliśmy do parku w poszukiwaniu jakiegoś miejsca coby siąść. Długo jednak nie posiedzieliśmy, bo we mnie odezwał się Mały Głód, co zaowocowało wyprawą po chipsy i tym, że połowę występu Raz, Dwa, Trzy przesiedzieliśmy na trawie konsumując, zachwycając się zachodem słońca (głównie ja) i gadając. Pod scenę ruszliśmy na krótko przed końcem, ale przesłuchaliśmy właściwie 2 czy 3 utwory, bo trzeba było się zbierać. Tzn. od biedy miałabym późniejszą opcję powrotu, właściwie równocześnie z autobusem powrotnym D., ale doszłam do wniosku, że lepiej zwinąć się wcześniej i uniknąć jazdy przeludnionym tramwajem. Odcinek od przystanka do domu do najprzyjemniejszych nie należał, bo było ciemno a małe dziewczynki wracające po pewnej godzinie do domu zaczynają się bać. Wstałam specjalnie wcześniej żeby napisać zadanie z angielskiego, ale jak widać, notka wygrała. miłego dnia Julia PS. a to↓ tak poza notką. ale ładne
niedziela, 05 czerwca 2011
Wczoraj oczywiście o notce zapomniałam, więc nadrabiam teraz. Ogarnęłam się podejrzanie szybko. Zakupy, sprzątanie i inne takie zanim Siostra i Mamita wstały. Nawet odpalony o 8 odkurzacz ich nie zbudził. Mistrzynie, eh. Wypad na zakupy z A. zwaną D. - najpierw lump (zaczynam w nie wątpić ostatnio), później jeszcze nie aż tak przepełnione dzieciakami centrum handlowe. Łupy: ona - dwie bluzki bardzo w jej stylu, ja - przecudny błękitny stanik, który niemal wyzerował mój stan konta (w dniu 4 czerwca, przypominam, czyli świeżo po wypłacie kieszonkowego; gdzie się ta kasa rozchodzi to ja nie wiem). Ale jest piękny i że tak powiem pochlebczy, gdyż na metce widnieje dumne 75B (zawyżyli numerację, ale i tak będę sobie wmawiać, że mi ciastka w cycki poszły). Z dużą ilością hormonu szczęścia w krwioobiegu (radość z boskiego zakupu plasuję gdzieś tak między czekoladą a orgazmem w rankingu rzeczy dających szczęście; orgazm to tak hipotetycznie oczywiście) poleciałam odwiedzić ciocię. Najnowsze plotki rodzinne dla mnie, sporo mojego pozbawionego logiki paplania dla niej i tak ze dwie godzinki przyjemnie nam przelciały (a może i więcej). Na odchodne ciocia mi podreperowała budżet (klasyka: - nie, no coś ty, nie trzeba... - bierz - no dobra) i poleciałam do domu. A droga była długa, chociaż narzekać nie ma co, ja przecież kocham autobusy. Po powrocie "Krew jak czekolada" i fragment "Przed zachodem słońca". Pierwszy dość przewidywalny, ale dla samego faktu, że gra w nim Bridget z Mody na sukces musiałam obejrzeć. Drugi, eh... uwielbiam. Dziś jedyne co to zaciągnęłam Mamitę i Siostrę do centrum handlowego coby pokazać im boski kapelusz jaki sobie upatrzyłam (taki granatowy z Orsay'a), ale jako że Mamita nie poczuła nagłej potrzeby kupienia mi go, przeciągnęłam je po wszystkich innych sklepach szukając równie pięknego, ale za to tańszego. Teraz na liście branych pod uwagę jest ich z 5, ale ten z Orsay'a wciąż na pierwszym miejscu. Trilby, trilby, trilby - czyż nie brzmi to pięknie? Julia |
Zakładki:
Autorka szablonu
Czytam
Moje
Tagi
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||