18 lat, zbyt wiele marzeń, planów, wspomnień. próba uporządkowania życia po tym jak wszystko się w nim zawaliło. pamiętnik licealistki, która nie wie czego chce, ale wciąż tego szuka.

Wpisy z tagiem: zakupy

niedziela, 08 stycznia 2012

Zakupy z A. zwaną D. bardzo udane. Z jej strony stanik i buty na studniówkę, z mojej bolerko do sukienki, torebka (bo moja aktualna szkolna wygląda coraz bardziej przerażająco) i piękny kalendarz (bardzo książkowy) żebym w końcu zaczęła zapisywać rzeczy, o których wypadałoby pamiętać. Jeszcze tylko buty na studniówkę i koniec z zakupami, bo roztrwonię całą kasę, którą mam przecież przyoszczędzić w bardzo ważnym celu.

źródło: http://www.sklep.house.pl/odziez-damska_776/torba_814/torebka_36601.html/s/pcreateddate

Później dałam się namówić na imprezę (zwykle nieszczęśliwie się składa, że jak ktoś chce gdzieś iść to albo nie mam czasu, albo nastroju), również całkiem niezłą. Może i muzyka nie powalała na kolana, ale co tam.

W planach na dziś miał być teatr z A. zwaną D., ale niestety spektakl został odwołany. W takim razie czeka mnie wyprawa do cioci na przeróbkę sukienki. Właściwie to musiałabym już się zbierać...

mmm, przyjemnie jest

Julia

piątek, 30 grudnia 2011

Witaj studniówkowa sukienko. I niech nikt mi nie próbuje mówić, że nie jest ładna - już kupiłam, dostałam rabat, więc zwrotów nie ma. Jest za to spokój i może mi się studniówka przestać śnić po nocach.

źródło: http://store.orsay.com

 Do plusów sukienki zaliczyłabym: cenę (kosztowała mniej niż planowałam wydać), kolor (nawet jeśli szanownej p. prof. miałby się nie spodobać), fakt, że jest dopasowana (zwykle Orsay ma zawyżoną rozmiarówkę, chyba że to ja niewymiarowa jestem) i nie wyglądam w niej tak strasznie deskowato jak w 99% innych. Materiał może nie zachwyca, ale przynajmniej Mamita mi nie powie, że zbyt matowy, jak na codzienną sukienkę. Muszę tylko odwiedzić ciocię aby mi ją poprawiła, bo mam najwyraźniej zbyt wątłe ramiona (albo kiecka była szyta na wysportowane, barczyste kobiety).

Siostra oczywiście radziła mi się zastanowić czy nie okaże się, że jakaś dziewczyna przyjdzie w takiej samej, ale postanowiłam to olać. Jeśli się zdublujemy to zwyczajnie będzie to znak, że obydwie mamy dobry gust.

Teraz jeszcze tylko ogarnąć dodatki... I powinno być nieźle.

radosna

Julia

środa, 28 grudnia 2011

Wczorajsze polowanie na sukienkę z A. zwaną D. zakończyły się niepowodzeniem. Ogromne centrum handlowe, okres wyprzedaży i znów nic. Nic. Nic. Nic. Na studniówkę pójdę chyba... no nie wiem w czym, ale nie będzie to kreacja życia. Zrezygnowane wylądowałyśmy na rytualnej kawie (no dobra, mniej rytualnej, bo w ramach postanowienia wyrażania swego zdania i nie dostosowywania się do innych zamiast cappuccino wzięłam zwykłą czarną - oczywiście lubię i jedno i drugie, ale to był moment na intensywniejszy akcent) i plotkach czyt. obrabianiu dup znajomym oraz dzieleniu się bogatymi przeżyciami wewnętrznymi.

Później miałam wracać z nią do centrum, ale doszłam do wniosku, że skoro jestem tak blisko osiedla cioci U. to dobrym pomysłem byłoby ją odwiedzić, szczególnie, że jak zwykle wybierałam się do niej już od dłuższego czasu jak sójka za morze. Ciocię moja wizyta zaskoczyła, ale chyba również odrobinę ucieszyła. Było jednak trochę inaczej, bo z pewnego powodu nie miała możliwości nagadać się tyle co zwykle (co i tak jest zazwyczaj trudne, bo jak ja się nakręcę to gadam jak porąbana).

Powodem była obecność kuzyna, mieszkającego od kilku lat w Wielkiej Brytanii i nie bywającego zbyt często w kraju (ja widziałam go ostatnio chyba na pogrzebie babci a to już kawał czasu temu było - nawet jak przyjeżdża na święta czy urodziny to i tak się zwykle mijamy). Tak jak z większością moich kuzynek i kuzynów również z nim dzieli mnie dość spora różnica wieku, która raczej skutecznie utrudnia kontakty. Kiedy widywali mnie częściej byłam małym dzieckiem, z którym gadało się o bajkach i szkole/przedszkolu, lub grało w planszówki czy skoki narciarskie na kompie. Mój okres dorastania, ze względu na rozluźnienie więzi rodzinnych, większość z nich w mniejszym lub większym stopniu przegapiła, do tego stopnia, że ci z którymi miałam najsłabszy kontakt przy spotkaniu po latach nie byli w stanie mnie rozpoznać - w ich pamięci miałam przecież na zawsze te 10 czy 12 lat. Przez to również zwykle niezbyt się z nimi rozmawia, bo teoretycznie ciężko osobom około trzydziestoletnim załapać kontakt z osiemnastolatką (której rzeczywisty wiek wciąż do nich nie dociera) - pozornie przecież nic nas nie łączy, mamy zupełnie inne problemy w życiu, jakbyśmy pochodzili z zupełnie innych planet. Ja też zwykle podchodzę do nich z lekką rezerwą, przygotowana na ton 'jesteśmy tacy dorośli, co ty dziecko wiesz o życiu' i zainteresowanie kończące się po pytaniu 'jak w szkole/na jaki kierunek chcesz iść?'

Wielkim zaskoczeniem było, że z M. (kuzynem) gadało nam się dobrze. Po obowiązkowym temacie planów na przyszłość, kolejne pojawiały się już jakoś same. Wiele pewnie ułatwiał fakt, że już od paru lat siedzi na Wyspach - różnice kulturowe to temat rzeka, szczególnie jeśli konfrontowaliśmy wiedzę przekazaną mi przez Matta i innych nauczycieli ze szkoły językowej, z życiowymi doświadczeniami M. Poza tym jego styl życia różni się sporo od prowadzonego przez resztę mojego kuzynostwa, co też eliminowało pewną barierę. Z tego co później Mamita dowiedziała się od cioci U. przez telefon, M. też był raczej zdziwiony tym, że dało się ze mną normalnie rozmawiać, a pozostałe jego spostrzeżenia właściwie zawierałyby się w jednym stwierdzeniu: dorosła.

 

Jak już wspomniałam o Mamicie to przejdę do tematu najważniejszego w dniu dzisiejszym - jej urodzin. Świętowałyśmy (właściwie świętowaliśmy, bo D. również brał w tym udział) dość skromnie, ale za to bardzo przyjemnie. Miseczka makówek ze świeczką wywołała na twarzy Mamity uśmiech, prezenty bardzo jej się spodobały i powstrzymała się od narzekania, że na obiad znowu spagetti (dobry sos zrobiłam przyprawiłam). Radośnie poczęstowała nas nawet czerwonym półsłodkim (lub półwytrawnym? się nie znam, wiem tylko, że kolor ładny, jeszcze się zdążę w życiu nauczyć rozpoznawać) i straszliwie dobrymi ciastkami, które właśnie mnie wzywają - nie mogę przecież pozwolić by tak smutno leżały na talerzyku.

 

om nom nom

Julia

piątek, 14 października 2011

Zabawny jakoś jest fakt, że o ile o maturze staramy się wspominać jak najrzadziej to temat studniówki nie schodzi z forum. Kiedy, gdzie, za ile - to już wiadomo. Teraz czas na poważniejsze kwestie - z kim i (najgorsze) w czym.

Dziewczyny z klasy, którym wcześniej jakoś z chłopakami było nie po drodze, lub nie dawały się żadnemu uwiązać, wyruszyły na łowy. Bardziej urodziwe okazy spośród samców mają się na baczności, mniej - polują lub szykują do przyjęcia roli hien. Mogę się śmiać z nich do woli, ale sama wiem, że na ich miejscu pewnie też bym schizowała. Nie, pojawienie się na studniówce bez pary to nie tragedia, ale jednak w większości poddajemy się tej presji i popadamy w chwilowe lekkie szaleństwo. Raz w życiu można, nie? Trzeba do końca wykorzystać limit młodzieńczej głupoty (oczywiście zostawimy sobie jakiś zapas na studia).

O ile wielkie poszukiwania w kwestii partnera póki co mnie nie dotyczą (i oby nie dotyczyły) to sukienkowe... Eh. Jeśli moim jednym przygotowaniem do egzaminu gimnazjalnego (tak strasznie dawno temu) było zaplanowanie z dwumiesięcznym wyprzedzeniem w co się ubiorę to chyba możecie się domyślać co się będzie działo przed studniówką. Jedno jest pewne - zwyczajnie nie może być. A plany w głowie się mnożą jak naćpane króliczki. Najnowszy? Cekiny, duuuuuuuużo cekinów (i cóż, że do sytuacji nie pasują). 

 

A tak poza tym to dziś południe z A. zwaną D. (-Patrz. -Ładna ta tunika, przymierz! -Zwariowałaś? To S! -No przymierz, będzie dobra!; bo ja mam zawsze rację)

Później wizyta u cioci U. - wolałam nie liczyć ile razy facepalm-owała moje teksty. Może i wyrosłam, ale durnymi tekstami rzucam tak samo jak lata temu. Za to można mnie tylko kochać, tak sobie wmawiam.

Nie wpadłam przywitać się z Paris w SCC - czyżbym przegapiła swoją życiową szansę na stanie się jej BFF?

Właśnie odkryłam, że gdybym jako mała (tzn. jeszcze mniejsza) dziewczynka nie przeczytała "Ani z Zielonego Wzgórza" to D. nie obrywałby tak często po głowie. Po prostu nie miałabym takiego wzorca. Wszystko wina listy lektur z podstawówki! Z braku tabliczki i podręcznik do hiszpańskiego dobry :D

Chaos w notce.

 

zgadnijcie kto wczoraj zdał

Julia

PS. Siostra, kiedy znowu oglądamy Nicolasa w akcji?

sobota, 24 września 2011

Jakoś tak w piątek zapomniałam napisać notkę, tak więc teraz nadrabiam. Jak próbowałam sobie ułożyć co mogłabym o tym dniu napisać do głowy przyszły mi 3 rzeczy:

1) D. śmiał się, że podnieca mnie matematyka. Zwykle podczas rozwiązywania zadań wpadam w stan radosnej ekscytacji, emanuję zapałem o jaki zwykle u mnie ciężko, ale też jak mi coś nie wychodzi to włącza się tryb 'bez kija nie podchodź'. Mój związek z matematyką miewał swoje wzloty i upadki - poczynając od fascynacji dodawaniem i odejmowaniem, przez koszmar tabliczki mnożenia, radość z pierwszych udziałów w Kangurze i innych konkursach, pierwszą 2 w gimnazjum, aż po stan obecny czyli miłość wybiórczą (np. równania i delta tak, trygonometria i bryły nie, etc.).

2) Zakupy z A. zwaną D. - zwykłe sklepy, lumpy, jej zakup, moje zrzędzenie, że jestem spłukana (i właściwie całe kieszonkowe do końca roku mam już co do grosza rozplanowane na prezenty - urodziny, święta, rocznica, wszystko oczywiście na raz!), ploty. Pozytywnie.

3) Wśród native'ów w szkole językowej wielkie poruszenie - boski Tom z Manchesteru się żeni, oczywiście z polką. Gordon najpierw poprosił nas o rady co do picia na polskim weselu, a potem poinformował, że wybiera się w kilcie. W końcu jest szkotem, dumnym ze swojej narodowej tradycji. A jak tradycja to brak bielizny pod kiltem. Z tego co mówił to zwykle na uroczystościach największy problem stanowią staruszki, które podchodzą i pytają 'czy jesteś prawdziwym szkotem?' a potem postanawiają to namacalnie sprawdzić cisnąc im swe wiekowe rączki pod kiece. Już nie mogę się doczekać opowieści jak przeżył to wesele :D

 

Dzień dzisiejszy dość monotonny - znów miałam troszkę doła, ale już mi lepiej. Jest nutella, jest maraton z "Jak poznałem waszą matkę" i jest kot, który darzy szczególnym uczuciem mój zielono-pomarańczowy kocyk. Będzie lepiej.

Ah, no i mama chłopca od ziemniaków w żartach chciała uczynić ze mnie jego towarzystwo na jakieś wesele. On nie wykazał jednak zainteresowania, a raczej zażenowany unikał kontaktu wzrokowego i ogólnie jakiegokolwiek. Świetnie go rozumiem, dzieci nigdy nie byłyby w stanie zrobić rodzicom takiego przypału jaki oni potrafią zrobić nam.

 

tears dry on their own

Julia

piątek, 26 sierpnia 2011

Były sobie kiedyś buty. Pojawiły się jakiś dobry rok temu w jednej z obuwniczych sieciówek pod banerkiem 'nowa kolekcja'. Pokochane zostały od pierwszego wejrzenia, jednak okrutna cena rozdzieliła je i ich potencjalną nabywczynię, która to zmuszona była odejść w nieutulonym żalu. PN nie poddawała się jednak i uzbierała potrzebną kwotę, lecz gdy przybyła do sklepu już ich nie było. Nawet jednego pudełka.

Jakiś czas później, gdy rozpoczęły się wyprzedaże, PN wróciła z nadzieją, że może znów zobaczy swe wymarzone buty. I tak też się stało, lecz, ku jej rozpaczy, znów były 'nową kolekcją', a ona znów nie miała wystarczająco dużo pieniędzy. Zgodnie ze swym zwyczajem postanowiła poddać buty próbie przeznaczenia - jeśli zostaną przecenione i będą w jej rozmiarze, kupi je gdyż będzie to oznaczało, że los tak chce.

Nadeszła kolejna wyprzedaż. PN obleciała wszystkie sklepy marki, odkrywając straszny fakt, iż buty te choć przecenione, wciąż są poza jej zasięgiem - zostały tylko w rozmiarze 36 a jej miłość do tych butów nie była na szczęście na tyle fanatyczna, by odrąbała sobie tak opiewane przez pewnego młodzieńca palce.

Sytuacja się powtórzyła, znów z witryn krzyczał napis 'przeceny', lecz na żadnym z pudełek nie widniał numer 37. Opanowując wrodzoną nieśmiałość w kontaktach międzyludzkich PN zdecydowała się zapytać sprzedawczynię czy jest jeszcze dla niej nadzieja na zdobycie owych niby zupełnie zwyczajnych butów. W odpowiedzi usłyszała, iż są, w tej samej cenie, w tym rozmiarze, lecz... w Krakowie. PN nie miała do Krakowa blisko i pomyślała, że odpuści sobie szaleńczą wyprawę, kończąc w ten sposób kilkumiesięczny okres marzeń.

Próbując zapomnieć o nich, przenosiła swe uczucia na wiele innych, jakże odmiennych, aż w końcu oswoiła się z myślą, że ich wspólna przygoda dobiegła końca i czas na nowe marzenia.

Pewnego gorącego sierpniowego dnia, zmuszona zająć się czymś podczas oczekiwania na autobus do domu, wstąpiła do sklepu marki, do butów której zapałała niegdyś tak wielkim uczuciem. Rozmawiając przez telefon przechadzała się leniwie przeglądając najnowsze przeceny, aż nagle ku swojemu ogromnemu zdumieniu ujrzała je. Były tam, na półce, właściwa cena, właściwy rozmiar, zwabiły ją swoją nieprzeniknioną czernią. W pośpiechu zgarnęła pudełko, przymierzyła buty aby się upewnić, że wciąż pasują i upajała się przez sekund kilka ich wspólnym odbiciem w lustrze. Po chwilowym wybuchu radości zeszła na ziemię - jej aktualne zasoby finansowe były zbyt liche, a wizja ich zasilenia zbyt odległa. Chwytając się ostatniej szansy zadzwoniła do swej zacnej rodzicielki i przełamując jej wcześniejszy sceptycyzm, namówiła do przyłączenia się do boskiego planu zdobycia butów. Był on bardzo prosty - PN miała zostawić je u sprzedawcy z karteczką ze swoim nazwiskiem, a mama odebrać gdy skończy pracę. W układ wpisany był również oczywiście zwrot pieniędzy gdy tylko będzie to możliwe.

Wróciwszy do domu PN oczekiwała powrotu rodzicielki. Martwiła się, że uzna ona, iż buty nie są warte ceny, lub jej się nie spodobają i zrezygnuje z zakupu. Lecz z nadejściem wiadomości informującej, którym autobusem jedzie (wysyłanej zawsze by obiad był na czas gdy dotrze), rozwiały się jej wszelkie obawy - zakup został dokonany, nie było odwrotu. Buty zmierzały do domu...

A morał z tej historii jest bardzo prosty: czasem gdy czegoś bardzo pragniemy zdobywamy to dopiero gdy już stracimy nadzieję.

radosna posiadaczka nowych butów

Julia

 

niedziela, 05 czerwca 2011

Wczoraj oczywiście o notce zapomniałam, więc nadrabiam teraz.

Ogarnęłam się podejrzanie szybko. Zakupy, sprzątanie i inne takie zanim Siostra i Mamita wstały. Nawet odpalony o 8 odkurzacz ich nie zbudził. Mistrzynie, eh.

Wypad na zakupy z A. zwaną D. - najpierw lump (zaczynam w nie wątpić ostatnio), później jeszcze nie aż tak przepełnione dzieciakami centrum handlowe. Łupy: ona - dwie bluzki bardzo w jej stylu, ja - przecudny błękitny stanik, który niemal wyzerował mój stan konta (w dniu 4 czerwca, przypominam, czyli świeżo po wypłacie kieszonkowego; gdzie się ta kasa rozchodzi to ja nie wiem). Ale jest piękny  i że tak powiem pochlebczy, gdyż na metce widnieje dumne 75B (zawyżyli numerację, ale i tak będę sobie wmawiać, że mi ciastka w cycki poszły).

Z dużą ilością hormonu szczęścia w krwioobiegu (radość z boskiego zakupu plasuję gdzieś tak między czekoladą a orgazmem w rankingu rzeczy dających szczęście; orgazm to tak hipotetycznie oczywiście) poleciałam odwiedzić ciocię. Najnowsze plotki rodzinne dla mnie, sporo mojego pozbawionego logiki paplania dla niej i tak ze dwie godzinki przyjemnie nam przelciały (a może i więcej). Na odchodne ciocia mi podreperowała budżet (klasyka: - nie, no coś ty, nie trzeba... - bierz - no dobra) i poleciałam do domu. A droga była długa, chociaż narzekać nie ma co, ja przecież kocham autobusy.

Po powrocie "Krew jak czekolada" i fragment "Przed zachodem słońca". Pierwszy dość przewidywalny, ale dla samego faktu, że gra w nim Bridget z Mody na sukces musiałam obejrzeć. Drugi, eh... uwielbiam.

Dziś jedyne co to zaciągnęłam Mamitę i Siostrę do centrum handlowego coby pokazać im boski kapelusz jaki sobie upatrzyłam (taki granatowy z Orsay'a), ale jako że Mamita nie poczuła nagłej potrzeby kupienia mi go, przeciągnęłam je po wszystkich innych sklepach szukając równie pięknego, ale za to tańszego. Teraz na liście branych pod uwagę jest ich z 5, ale ten z Orsay'a wciąż na pierwszym miejscu.

Trilby, trilby, trilby - czyż nie brzmi to pięknie?

Julia

czwartek, 05 maja 2011

Kupiłam buty. Są żółte. Powiedziałabym, że adidasy, ale marka mniej szpanerska. Powiedziałabym, że sportowe, ale jak łączycie mnie z czymś sportowym to wychodzi science-fiction. Więc niech będą zwyczajnie buty. Żółte, dobrze przeczytaliście. Bo różowe trampki zaczynały czuć się zbyt ekstrawaganckie w szafce wśród tych wszystkich czerni i brązów. /Różowe trampki są już właściwie szaro-różowe do czego przyczyniła się zeszłoroczna Lubeka, kilka wypadów na targ i takie tam sobie zwykłe noszenie; ale to nieistotne./

Jako że A. zwana D. nie doczekała się jeszcze prezentu świątecznego to nabyłam również kolczyki, którymi to podzieliłyśmy się bardzo inteligentnie: każda po jednym ludziku (ja wzięłam czerwonego, ona niebieskiego; na imprezach bransoletkowych czerwony zwykle oznacza 'w związku', ale to chyba nie miało wpływu na decyzję) i znaku drogowym (ja - przejście dla pieszych ona yyy... nie znam się na znakach, ale ładny ten kolczyk).

Wyjątkowo nie chodziłyśmy trzymając się za ręce. Podejrzewam, że to dlatego, że ona chciałaby kogoś poderwać, a jak nas wszyscy biorą za niezmiernie szczęśliwą parę lesbijek to conajwyżej mógłby do nas podbić amator trójkątów.

Ostatnie zakupy (była jeszcze sukienka) to wyładowywanie frustracji spowodowanej niemożnością rzucenia słodyczy. Nie wchodzę na wagę, bo mogłoby mi się zrobić smutno, a ja mam w planach być szczęśliwa.

Siostra zdaje maturę. Ale o tym ani słowa. Możecie conajwyżej klepać zdrowaśki, składać dary dla Thota czy co tam chcecie. Albo podmienić arkusze z angielskiego i biologii na coś do ogarnięcia.

Po wczorajszym obejrzeniu z D. Absolwenta  (już kolejny raz; dla niego pierwszy) stwierdzam, że jakbym tak spojrzała na siebie z boku ujrzałabym żeńską wersję młodego (boskiego) Dustina - twarz bez wyrazu i "I'm worried about my future". Z najnowszych planów: zdobycie pewnego dnia certyfikatu CELTA (Matt mówi, że to nie jest niemożliwe i mówi to bardzo przekonująco) i nauczanie angielskiego gdzieś w Azji. Stare odgrzewane: jak będę duża zostanę pisarką. Póki co jestem mała i mam do zrobienia kilka wytworów (przebrzydła biologio zgiń!)

phi

Julia

poniedziałek, 07 marca 2011
sobota, 05 marca 2011
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Gry Online
Fight World Hunger