Wpisy z tagiem: rodzina
środa, 28 grudnia 2011
Wczorajsze polowanie na sukienkę z A. zwaną D. zakończyły się niepowodzeniem. Ogromne centrum handlowe, okres wyprzedaży i znów nic. Nic. Nic. Nic. Na studniówkę pójdę chyba... no nie wiem w czym, ale nie będzie to kreacja życia. Zrezygnowane wylądowałyśmy na rytualnej kawie (no dobra, mniej rytualnej, bo w ramach postanowienia wyrażania swego zdania i nie dostosowywania się do innych zamiast cappuccino wzięłam zwykłą czarną - oczywiście lubię i jedno i drugie, ale to był moment na intensywniejszy akcent) i plotkach czyt. obrabianiu dup znajomym oraz dzieleniu się bogatymi przeżyciami wewnętrznymi. Później miałam wracać z nią do centrum, ale doszłam do wniosku, że skoro jestem tak blisko osiedla cioci U. to dobrym pomysłem byłoby ją odwiedzić, szczególnie, że jak zwykle wybierałam się do niej już od dłuższego czasu jak sójka za morze. Ciocię moja wizyta zaskoczyła, ale chyba również odrobinę ucieszyła. Było jednak trochę inaczej, bo z pewnego powodu nie miała możliwości nagadać się tyle co zwykle (co i tak jest zazwyczaj trudne, bo jak ja się nakręcę to gadam jak porąbana). Powodem była obecność kuzyna, mieszkającego od kilku lat w Wielkiej Brytanii i nie bywającego zbyt często w kraju (ja widziałam go ostatnio chyba na pogrzebie babci a to już kawał czasu temu było - nawet jak przyjeżdża na święta czy urodziny to i tak się zwykle mijamy). Tak jak z większością moich kuzynek i kuzynów również z nim dzieli mnie dość spora różnica wieku, która raczej skutecznie utrudnia kontakty. Kiedy widywali mnie częściej byłam małym dzieckiem, z którym gadało się o bajkach i szkole/przedszkolu, lub grało w planszówki czy skoki narciarskie na kompie. Mój okres dorastania, ze względu na rozluźnienie więzi rodzinnych, większość z nich w mniejszym lub większym stopniu przegapiła, do tego stopnia, że ci z którymi miałam najsłabszy kontakt przy spotkaniu po latach nie byli w stanie mnie rozpoznać - w ich pamięci miałam przecież na zawsze te 10 czy 12 lat. Przez to również zwykle niezbyt się z nimi rozmawia, bo teoretycznie ciężko osobom około trzydziestoletnim załapać kontakt z osiemnastolatką (której rzeczywisty wiek wciąż do nich nie dociera) - pozornie przecież nic nas nie łączy, mamy zupełnie inne problemy w życiu, jakbyśmy pochodzili z zupełnie innych planet. Ja też zwykle podchodzę do nich z lekką rezerwą, przygotowana na ton 'jesteśmy tacy dorośli, co ty dziecko wiesz o życiu' i zainteresowanie kończące się po pytaniu 'jak w szkole/na jaki kierunek chcesz iść?' Wielkim zaskoczeniem było, że z M. (kuzynem) gadało nam się dobrze. Po obowiązkowym temacie planów na przyszłość, kolejne pojawiały się już jakoś same. Wiele pewnie ułatwiał fakt, że już od paru lat siedzi na Wyspach - różnice kulturowe to temat rzeka, szczególnie jeśli konfrontowaliśmy wiedzę przekazaną mi przez Matta i innych nauczycieli ze szkoły językowej, z życiowymi doświadczeniami M. Poza tym jego styl życia różni się sporo od prowadzonego przez resztę mojego kuzynostwa, co też eliminowało pewną barierę. Z tego co później Mamita dowiedziała się od cioci U. przez telefon, M. też był raczej zdziwiony tym, że dało się ze mną normalnie rozmawiać, a pozostałe jego spostrzeżenia właściwie zawierałyby się w jednym stwierdzeniu: dorosła.
Jak już wspomniałam o Mamicie to przejdę do tematu najważniejszego w dniu dzisiejszym - jej urodzin. Świętowałyśmy (właściwie świętowaliśmy, bo D. również brał w tym udział) dość skromnie, ale za to bardzo przyjemnie. Miseczka makówek ze świeczką wywołała na twarzy Mamity uśmiech, prezenty bardzo jej się spodobały i powstrzymała się od narzekania, że na obiad znowu spagetti (dobry sos zrobiłam przyprawiłam). Radośnie poczęstowała nas nawet czerwonym półsłodkim (lub półwytrawnym? się nie znam, wiem tylko, że kolor ładny, jeszcze się zdążę w życiu nauczyć rozpoznawać) i straszliwie dobrymi ciastkami, które właśnie mnie wzywają - nie mogę przecież pozwolić by tak smutno leżały na talerzyku.
om nom nom Julia
sobota, 10 grudnia 2011
No i jest. 18 lat. Właśnie stałam się tak dorosła, że mogę iść Mamicie do sklepu po fajki (chociaż z moją mordką czternastolatki lepiej poczekać jednak na dowód), wpisać sobie do zachowania 'nie nadużywam' zamiast 'nie piję' a także założyć konto na Google+ bez oszukiwania z datą urodzenia. Wow. Pomimo wielkich dramatów podczas przygotowań 'impreza' urodzinowa wyszła całkiem nieźle. Biedny D. nie zdążył nawiać przed pojawieniem się mych cudownych ciotek, więc wbrew planom został troszkę dłużej i dał się im napatrzeć na siebie i poddać ocenie czy się nadaje na potencjalnego zięcia Mamity czy też nie. Przy okazji miał możliwość zaobserwowania jak zachowuję się w towarzystwie małych dzieci - jedna z cioć przybyła z trzyletnim wnukiem. Jakkolwiek u Siostry zauważył ogrom instynktu macierzyńskiego, w moim przypadku stwierdził, że dogaduję się z młodym, bo nadajemy na tych samych falach (łatwo przejmuję dziecięcy sposób myślenia). Nie uciekł z krzykiem z tego dzikiego urodzinowego babińca, chyba nie jest źle. Konieczność zajmowania się młodym uratowała mnie przy okazji od pogaduszek z ciotkami (ograniczyły się do tematów: a) jak się czujesz jako pełnoletnia b) jak tam w szkole c) studia), jedynie z Chrzestną pogadałam troszkę więcej jak już reszta się zmyła. To nie jest tak, że specjalnie ich unikałam, ale no... ileż można o tym samym? Za to Mamita jako dusza towarzystwa grała pierwsze skrzypce i zbierała owoce swej ciężkiej pracy podczas przygotowań (tort był świetny!). Prezentowo również zaliczyłabym te urodziny do bardziej udanych - kasa jak kasa, wiadomo, zawsze się przyda, a podarunki rzeczowe były bardzo trafione. Szczególnie to cudo, z którego właśnie do was piszę (Mamito, cóż za niespodzianka:3), książka od Siostry oraz nieziemskie Cinnabonki od D. (wszystkie słodycze zjedzone podczas 18nastki idą w cycki, wiecie? jutro obudzę się z dwa rozmiary większymi). Zadbałam o to żeby facebook nie przypominał nikomu o urodzinach przez co życzenia złożyły mi tylko te osoby, po których się tego spodziewałam. Lepiej tak niż łudzić się, że ten pozbawiony uczuć spam na tablicy to wyraz pamięci czy sympatii. soczki w dłoń i toast z moje zdrowie proszę Julia
niedziela, 15 maja 2011
Nie lubię rodzinnych spotkań. Tzn. nie wszystkich, ale w większości zdecydowanie nie. Jeszcze kiedy byłam dzieckiem miały swój urok - jako najmłodsza z pokolenia wnuków bywałam nieraz w centrum uwagi, innych dzieci w rodzinie było sporo więc zawsze było z kim się pobawić, no i nie było problemu 'o czym tu rozmawiać'. Życie było proste, tort zawsze smakował i humor dopisywał do tego stopnia że pozwalałam Mamicie wmusić w siebie szynkę (gdzieś tak między 7 a 8 połówką jajka z majonezem). Teraz jest o wiele gorzej. Spotkań jest mniej, w mniej licznym gronie, już nie jestem słodka i zabawna... Dorośli uznają mnie za na tyle dojrzałą żeby zaproponować mi wódkę (której nie piję na skutek ingerencji Mamity) ale wciąż na tyle dziecinną żeby nie mieć o czym ze mną rozmawiać poza szkołą i planami na przyszłość, którym zawsze grzecznościowo poświęcają parę minut na początku aby mieć już spokój. Co gorsza, z kuzynami i kuzynkami również ciężko znaleźć temat do rozmowy, bo przecież widujemy się rzadko i nieraz zdaje mi się że żyjemy w totalnie różnych światach. Inna sprawa, że w większości dzieli nas spora różnica wieku - kiedyś nie sprawiająca problemu przy zabawie, teraz (kiedy oni mają stałą pracę i dzieci, a ja obnoszę się ze swoją młodością i głupotą) praktycznie uniemożliwiająca rozmowę. Oczywiście nie we wszystkich przypadkach, ale jednak. Jedyne co pozostaje to koncentrowanie się na najmłodszych członkach rodziny, z którymi kontakty są proste. Ulepić kota, pomóc ułożyć puzzle, pogłaskać po główce i udawać że nasza rozmowa ma sens - to wszystko czego ode mnie wymagają te cudne istoty o uroczo ubogim słownictwie i ciekawych hobby (wiecie ile frajdy może sprawiać zamykanie i otwieranie drzwi? a jak trzasną! szaleństwo!). Z jednej strony, wiadomo, można by coś z tym zrobić. Widywać się częściej, szukać czegokolwiek co mogłoby nas łączyć i zapewniać tematy do rozmowy. Ale kiedy nie widzi się szczególnych chęci u drugiej osoby to człowiek zaczyna myśleć, że właściwie nie ma sensu. I tak kończy sie na odgrywaniu raz w roku lub częściej szopki zwanej rodziną, chyba właśnie dla tych maluchów - kiedy dorastają i zaczyna je przytłaczać fałsz tego wszystkiego mają chociaż wspomnienia zabaw z ciotkami, wujkami i kuzynostwem, tych chwil, w których były przez swoje plemię traktowane niczym bogowie. jutro wcale nie jest poniedziałek Julia
sobota, 26 marca 2011
wtorek, 08 lutego 2011
niedziela, 30 stycznia 2011
sobota, 16 października 2010
wtorek, 05 października 2010
niedziela, 15 sierpnia 2010
sobota, 31 lipca 2010
|
Zakładki:
Autorka szablonu
Czytam
Moje
Tagi
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||