Z konieczności zabrałam się dziś za sprzątanie pokoju. Tak, bo idą święta, a przecież nic tak nie psuje świątecznej, rodzinnej atmosfery jak kurz w najdalszym kącie najrzadziej używanej szuflady. Zostawszy sam na sam ze ścierką, płynem i podejrzanie niewielkim bałaganem (serio, to nie jest normalne) układałam sobie w głowie dzisiejszą notkę. Rezultat moich refleksji był jednak katastrofalny - zapowiadało się na denną notkę z rodzaju 'rzygam już własną przeciętnością; nie nadaję się do tworzenia normalnych relacji międzyludzkich; przyszłość maluje się w ciemnych barwach; ciekawe dla ilu osób jestem już tylko dziewczyną swojego chłopaka; o boże jakie życie jest straszne'. Oszczędzę wam jednak czytania tych wszystkich bzdetów.
Zamiast tego pochwalę się, że w niedzielę, 3 dnia pracy, serwując klientom piwo teleportowałam je z tacy na stół w tak magiczny sposób, że obydwie szklanki nie uszły z życiem, a znajdujący się w nich uprzednio jasny płyn zalał wszystko co tylko się dało. Klienci byli jednak bardzo wyrozumiali i zamiast mnie opieprzyć (m.in. za zalane ciuchy) zdobyli się nawet na żarty z zaistniałej sytuacji. Po raz kolejny los mi udowodnił, że może i rozumu mi brak, ale szczęścia wręcz przeciwnie.
Jakaś taka koślawa ta notka. Wybaczcie.
Julia