Wpisy z tagiem: kino
sobota, 12 listopada 2011
A. zwana D. kończy dziś 18 lat - z tej okazji wcześniej planowana akcja 'zabierz swoją dziewczynę do kina' nabrała w końcu realnych kształtów. (Właśnie wychodzę na burżuja, który codziennie lata do kina; tak wyszło, no). A było to tak: Po długiej podróży do miejsca niedawnej pielgrzymki Paris Hilton w kasie kina zakupiłam bilety i niecierpliwie wyczekiwałam nadejścia Boskiej Solenizantki (A. zwanej D. jakby ktoś troszkę wolniej myślał). Niecierpliwiłam się niczym pryszczaty, niedowartościowany nastolatek, który zaprosił ładniejszą koleżankę do kina i boi się, że zostanie przez nią wystawiony. Sama oczywiście w kinie pojawiłam się zbyt wcześnie, więc oczekiwanie na wygodnej czarnej kanapie trwało wieki (jakieś 20 długich minut pełnych nerwowego spoglądania na zegarek). Nagle w oddali ujrzałam znajomo wyglądający kształt. Jako że mój wzrok ma problemy z łapaniem ostrości przy większych odległościach (jakaś diagnoza, drodzy czytelnicy?) po mieszaninie barw i kształtów założyłam, że to może być ona. Intuicja mnie nie myliła - kroczącą zdecydowanie w moim kierunku postać rozpromieniał czarujący uśmiech. Buziak. Władczy rozkaz: zamknij oczy! A. zwana D. opuściła powieki o niesprawiedliwie długich rzęsach i oczekiwała prezentu. Ta-daaam! Ręcznej roboty mikroskopijna dwuszufladowa komódka z zawartością w postaci kolczyków znalazła się w jej rękach. Jej wielka radość i mój lekki dół, że w jednej z szufladek zerwał się uchwyt (bez ryzyka nie ma zabawy, ale mogłam lepiej dopracować technikę wykonania, eh). Nabywszy popcorn i żenująco ogromne kubki pełne napoju bogów, udałyśmy się na salę kinową. Zajęłyśmy miejsca (tym razem świetne, a nie frajerski pierwszy rząd -> patrz poprzednia notka jeśli nie miałeś/aś jeszcze okazji), reklamy były niezbyt porywające, zajęłyśmy się więc rozkoszną paplaniną. Gasną światła, czas po raz kolejny odrzucić połączenie od natrętnego wielbiciela i wyłączyć telefony. Film (Służące) urzekł nas zupełnie. Historia nie była w 100% przewidywalna, śmiałyśmy się z niektórych scen oraz własnej głupoty ("No pocałuj ją, pocałuj, pocałuj debilu jeden! Taaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaak!"- 4 łapki w górze w triumfalnym geście po zmuszeniu filmowych postaci do poddania się naszej woli), ja uroniłam ze 2 łzy, doceniłyśmy walory edukacyjne oraz niezaprzeczalnie piękne stroje aktorek (chcemy. je. wszystkie. teraz!). Na koniec dokonałam magicznej sztuczki wywrócenia coli do góry dnem na podłodze z równoczesnym rozwaleniem słomki (umiecie tak? umiecie? no, wiedziałam!). Później krótki kurs po sklepach, przymierzone ze 2 sukienki, polowanie na Pana z Zoologicznego (jak śmiałeś nie mieć dziś zmiany?), powrót do centrum i obowiązkowa kawa u jednego z winowajców zagłady wszechświata (McDonald's). Jako że wcześniej narzekałam, że jak łażę z A. zwaną D. to faceci przestają mnie zauważać, jakiś nawet-nie-paszczurowaty młodzieniec przywrócił mi wiarę w moją (wątpliwą) urodę rzucając mi bardzo seksowne spojrzenie (tak, tak, mam chłopaka, ale ej, to że jestem na diecie nie oznacza, że nie mogę sobie popatrzeć na ciastka. albo pozwolić jakiemuś ciastku odprowadzić się wzrokiem). Jeszcze chwilka spaceru, sklep z butami (0 zachwytu, smutne) i ja do autobusu, Promyczek na swój przystanek (po randce wypadałoby ją odprowadzić, debil ze mnie, wiem). Po powrocie do domu odkryłam, że mój cudowny chłopak jednak jeszcze istnieje - po 1,5 dnia bez kontaktu wpadł na to by zadzwonić. Miał dobrą wymówkę, szczęściarz. (chciałeś coś miłego, napisałam 'cudowny' - liczy się?). To tyle. Lecę do Hugh Granta. najlepszego staaaaaaraaaaaaaaaaaa Julia
piątek, 11 listopada 2011
Siedzieliście kiedyś w kinie w pierwszym rzędzie? Mnie się ta bardzo wątpliwa przyjemność zdarzyła do tej pory dwa razy. Pierwszy raz, to była podstawówka, szkolny wypad na "Mój brat niedźwiedź". Jakaś inna grupa perfidnie przylazła wcześniej i zajęła nasze miejsca, a nauczycielki żeby nie robić zamętu kazały nam usiąść na tych które zostały - oczywiście w pierwszych rzędach. Pamiętam to uczucie niesprawiedliwości i krzywdy odczuwane gdy tamte dzieciaki rzucały nam triumfalne spojrzenia z lepszych miejsc. Zasada wyższości osób siedzących w tylnych rzędach obowiązywała zawsze: w klasie, w kinie, w autokarze - z przodu lądowali tylko frajerzy. Trudności w oglądaniu filmu nie miałam jednak jakiś szczególnych, przynajmniej nie przypominam sobie. Drugi dziś, kilka godzin temu. Ale to może od początku, co? Zaczęło się od tego, że T-mobile zeżarł Erę. W związku z tym zakończył się program zbierania punktów na nagrody i trzeba było je na szybko wykorzystać. Mamita punktów uzbieranych miała trochę, więc parę drobnych rzeczy za nie zgarnęła, a resztki przeznaczyła na bilety do kina - dostaje się kod na telefon, pokazuje w kasie, jeden bilet masz za darmo, drugi musisz kupić. Dziś popołudniu Mamita z Siostrą postanowiły, że wykorzystają jeden z tych kodów i obejrzą sobie "Niebezpieczną Metodę". Wybrały kino, zaplanowały podróż (daleką, bo oczywiście w najbliższym Cinema City nie mogą puszczać tych filmów, które chciałybyśmy obejrzeć), po czym stwierdziły, że właściwie to mogłabym jechać z nimi. Po zgrywaniu niedostępnej i obojętnej oczywiście się zgodziłam (kocham zestawienie wyrażeń 'chodź do kina' i 'ja stawiam bilety'). Na chwilkę przed wyjściem Siostra odkryła, bardzo inteligentnie, iż kod na telefonie miała, ale go (geniusz) usunęła. Usłyszawszy to pogrążyłam się w uczuciu ogromnej rezygnacji - dzień wolny, ja ogarnięta, ba, nawet ubrana, a tu się okazuje, że niepotrzebnie! Mamita jednak kod magicznie odzyskała zanim zdążyłam powziąć decyzję o wyswobodzeniu się ze spodni i stanika (dziwie to brzmi, wiem, ale czyż można się czuć bardziej swobodnie, nie siejąc równocześnie zgorszenia, niż latając po mieszkaniu w samych majtkach i koszulce?) i wyprawa została uratowana. Kiedy już potwornie zmarznięte dotarłyśmy do kina, przeżyłyśmy niemałe zaskoczenie - tłum przed kasami był ogromny. No dobra, plakaty z informacją, że 11.11.11 bilety będą za 11zł z okazji 11 urodzin kina, mogły nas na to naprowadzić, ale trzeba by je jeszcze wcześniej zauważyć. Byłyśmy jednak dobrej myśli. Coś w stylu "pewnie ci wszyscy ludzie przyleźli tu na jakieś komedie romantyczne czy coś...". Odstałyśmy 1,5 wieczności w kolejce po czym stanęłyśmy przed wyborem: bierzemy miejsca w pierwszym rzędzie czy wybieramy inny film? Uznałyśmy, że pewnie nie będzie tak źle i pozostałyśmy przy "Niebezpiecznej Metodzie". Kodu nie wykorzystałyśmy, bo promocji się przecież nie łączy. Film dobry, ale z pewnością lepiej by się go oglądało nie musząc ciągle zadzierać głowy lub w połowie leżeć. Ah no i jeszcze ludzie wchodzący i wychodzący co chwilę z sali wprowadzając do niej szumy tłumnie obleganych kas. Taaa.... No, postukałam sobie bez sensu w klawiaturę, mogę się zająć czymś teoretycznie bardziej pożytecznym. A. zwana D. od jutra będzie stara, wiecie? Julia
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Ostatnio za każdym razem gdy zabieram się za pisanie notki nie potrafię nawet zacząć. Nie wiem o co chodzi. Jakby włączyła mi się jakaś taka... nieśmiałość? Coś w stylu 'nie, nie będę o tym pisać, to nudne, nikogo nie obchodzi'. Zupełnie jakbym zwykle pisała o czymś ciekawym. A. zwana D. czyli Promyczek lub ta paskuda która bezczelnie wyjechała i nie wraca, przyleci z Anglii dopiero 30tego, wbrew przedwyjazdowym narzekaniom, że będzie okropnie i nie wytrzyma tam nawet tygodnia. Tak serio to się cieszę, że jej się jednak ułożyło i że dobrze się tam bawi, ale kurde no... Stęskniłam się. Do B. przyjechał w zeszłym tygodniu Katalończyk - całkiem fajny, tylko za dużo z nim nie pogadałam, bo nieśmiała istota ze mnie jest (jak wiecie). Za to świetnie się grało w bilard - mistrzem nie jestem (na początku zawsze trzeba mi przypomnieć jak się trzyma kij), ale parę ładnych wbić zaliczyłam. Wczoraj Katalończyk wyleciał do domu zabierając ze sobą B., który przed wyjazdem włamał się D. do mieszkania coby zostawić mu pożegnalną kartkę (pod wpływem włącza mu się kaskader balkonowy). Z D. dalej wszystko ok, od 10 miesięcy właściwie (nie chcę zabrzmieć jak stara nudziara, ale... 'jak ten czas leci'). Wyjątkowo udało nam się uczcić miesięcznicę, ale lepiej nie będę wchodzić w szczegóły. Byłam dziś w kinie z N. (nie jestem pewna czy wcześniej już o niej pisałam, ale jeśli tak to pewnie wspominałam, że chodziłyśmy do jednego gimnazjum i że jest geniuszem matematycznym). Film: Zła Kobieta (kurs j. angielskiego wg. tłumaczy tytułów filmowych kobieta = teacher), jak na durną amerykańską komedię był całkiem strawny. Smutno by było gdyby ten blog miał zakończyć swój żywot przed drugimi urodzinami, więc... spróbuję podłączyć respirator. Julia
czwartek, 07 kwietnia 2011
środa, 06 kwietnia 2011
niedziela, 02 stycznia 2011
|
Zakładki:
Autorka szablonu
Czytam
Moje
Tagi
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||