18 lat, zbyt wiele marzeń, planów, wspomnień. próba uporządkowania życia po tym jak wszystko się w nim zawaliło. pamiętnik licealistki, która nie wie czego chce, ale wciąż tego szuka.
Kategorie: Wszystkie | codzienne | relacje | specjalne | ulubione
RSS
sobota, 18 lutego 2012

Była sobie dziewczyna. Miała chłopaka. Zaczęło się różowo, z biegiem czasu było już troszkę mniej. Ot, życie.

Pewnego razu chłopak swoim zachowaniem okazał jej całkowity brak szacunku i po kłótni o to postanowiła ukarać go olewając go przez kilka następnych dni. Złamała się po jednym dniu, zaprosiła go do siebie chcąc wyciągnąć rękę na zgodę. "Może reaguję przesadnie" pomyślała. Wszystko ładnie pięknie, aż do pewnego momentu, w którym zachował się jak skończony dupek. Swoje przepłakała i mając w pamięci niezbyt udane ostatnie tygodnie powzięła w myślach kilka poważnych decyzji. Załamana poszła spać.

Rano jednak pomyślała, że może znów przesadza, może to nie było tak jak wyglądało. Chłopak zaczął się tłumaczyć, że to wszystko to było nieporozumienie. Tłumaczenie było wyjątkowo beznadziejne, ale przecież nie można mieć serca z kamienia. Poszli na kawę, było milutko, radośnie kupiła dla niego prezent na walentynki, który planowała chyba od miesiąca - wspominał wcześniej, że też ma coś w planach.

14 lutego, uskrzydlona miłością popędziła się z nim spotkać. Radosna, jakby była na prochach. Obdarowywany zaczął się gęsto tłumaczyć, że zaspał, że autobus, że nie zdążyłby zrobić naleśników dla niej (są kobiety, które kochają biżuterię. ona kocha jeść). W jej myślach: "wiedziałeś, że to ważne. wiedziałeś, że to dzisiaj. mogłeś pojechać godzinę później. mogłeś k**** cokolwiek" - nic tak nie denerwuje jak żałosne tłumaczenie się, które właściwie niczego nie usprawiedliwia. Powiedziała natomiast (oczywiście), że nic nie szkodzi i zażartowała żeby na przyszłość zapamiętał, że w takich sytuacjach pociska się kit z rodzaju "kochanie, nawet nie wyobrażasz sobie co zaplanowałem na weekend!" i na szybko wymyśla coś co zwali ją z nóg.

Faktycznie, wymyślił. Że jednego dnia będzie oglądał animacje i grał na kompie a drugiego pojedzie sobie z kumplem na narty. Tak, znalazł dla niej chwilę. Pograli sobie przez internet i wymienili kilka zdań na czacie. Dziewczyna była "wniebowzięta".

Historia oczywiście nie wydarzyła się na prawdę. Jakiekolwiek podobieństwo z realnymi postaciami jest przypadkowe. Dziewczyna nie ma nic wspólnego z autorką tego wpisu.

Jestem przecież do szaleństwa szczęśliwa ze swoim idealnym mężczyzną.

Julia

 

EDIT: Zakończenie historii jest podobno takie, iż dziewczyna dała się skusić na kino, wysłuchała chłopaka i złagodziła swą brutalną ocenę jego punktem widzenia. Poprosiła żeby rozkochał ją w sobie na nowo żeby znowu mogła wszystko nadinterpretować pozytywnie a nie wręcz odwrotnie. Tylko jeszcze nie wiadomo czy żyli długo i szczęśliwie.


poniedziałek, 13 lutego 2012

Panowie kręcący i montujący film ze studniówki uznali że moja twarz jest tak paskudna, że teraz podczas poloneza (jedyny fragment imprezy gdy byłam w ich polu widzenia) można wypatrzeć jedynie mój tyłek, łydki, plecy i fryzurę. Zachowali jednak ujęcia od frontu i pokazali je pani, która projektowała okładkę płytki i ta wpadła w tak ciężką depresję, że owa okładka wygląda jak wygląda (depresyjnie. marnie. zwyczajnie źle.). Ze zdjęcia klasowego (tego robionego z zaskoczenia) nie mogli usunąć mojej twarzy, ale na szczęście zamknęłam na nim oczy.

Poza tym o filmie ze studniówki mogę powiedzieć jeszcze, że:

a) początek wali bardzo ciężkostrawnym kinem "alternatywnym" po czym przechodzi w dokument o dziewczynie, która wstała rano i umyła zęby

b) w wywiadach z nauczycielami błyszczy p. prof., który swoją klasę określił, nie wprost oczywiście, jako bandę przeciętniaków, oraz nasza p. prof., która wyraziła żal, iż nie jesteśmy zżytą klasą (na początku wywiadu po mistrzowsku ucięło jej pół głowy - nawet najlepszym kamerzystom się zdarza)

c) powinnam była pozwalać A. zwanej D. ćwiczyć również rolę kobiecą w polonezie

d) G. i jego partnerka wyraźnie wpadli w oko kamerzystom (o, G. tańczy! i znowu! i jeszcze raz!)

e) żeby dobrze oddać klimat imprezy ujęcia podczas tańca powinny być ciemne, zamglone i chaotyczne

f) odpowiedź na pytanie 'za czym będziesz najbardziej tęsknić?' uczyniła z M. najbardziej pozytywną bohaterkę imprezy (odpowiedź brzmiała: 'za naszymi szafkami')

Więcej jak coś mi się przypomni. Chyba mam jutro gadać o teatrze japońskim na WOKu. Chyba nie mam póki co zbyt wiele do powiedzenia na ten temat.

Julia

sobota, 11 lutego 2012

Tak jak się spodziewałam ferie gdzieś mi umknęły. Zrobiłam może 1/10 z tego co zaplanowałam, co oznacza, że i tak w zasadzie więcej niż można by się po mnie spodziewać.

Przeczytałam kilka książek (3,5 póki co), maniakalnie grałam w scrabble, postawiłam pierwsze kroki na lodzie. Jazda na łyżwach traci wiele w temacie gracji kiedy to ja ją wykonuję.

W kuchni szło mi koszmarnie - ostatnio potrafię zepsuć nawet swoje popisowe banalne potrawy. No, może tamte naleśniki z czekoladą, żurawiną i bitą śmietaną były niezłe, ale powiedzmy, że wtedy starałam się bardziej.

Nieudolność w związkach międzyludzkich vs. Julia, starcie kolejne, 3:0 (dobra, zaniżyłam trochę wynik po stronie nieudolności, nie chcę się dołować jeszcze bardziej).

Poza tym: seriale, seriale, seriale. W Skins zgodnie z tradycją ktoś umarł, Grey's Anatomy wkręca mi się na nowo, Gossip Girl przekracza wszelkie normy odtwarzania jednej i tej samej sceny w kółko w różnych wariantach (B: C. kocham cię, ale nie możemy być razem, bo {wstaw coś niedorzecznego jak np. weszłam w układ z Bogiem i jeśli zostawię L. to coś ci się stanie}). Pozostałe, albo trzymają swój poziom, albo stawiają pod coraz większym znakiem zapytania sens oglądania ich. W ramach płodozmianu, skoro już wrzuciłam Bomb Girls na stałą listę, coś chyba będzie musiało z niej polecieć.

Szukam frajera, który napisze za mnie prezentację maturalną i/lub podając się za mnie wygłosi ją w maju.

Julia

wtorek, 31 stycznia 2012

No i mam ferie. Z bólem gardła i zamarzniętym za oknem światem. Z serialami i fikuśnymi zadankami z matmy. Z prezentacjami, zaległymi wypracowaniami i całą resztą tego badziewia za które obiecuję sobie się zabrać (tak, oszukuję się, ale jeszcze mi wolno). Z paprykowymi chrupkami, truskawkową czekoladą i wyrzutami sumienia. Z kotami i Studentką Prawie Po Sesji (znaną również jako Siostra). Z D. i A. zwaną D. - nie razem (jak w przypadku alkoholu - nie mieszać) i dopiero wtedy kiedy zdecyduję się wygrzebać spod kołdry, odkleję od laptopa i mając na sobie stanowczo zbyt dużo ciuchów wyruszę w ten zły zimny świat. Z ciągłym gładzeniem się po włosach - skutek uboczny nowej odżywki jest taki, że efekt placebo zadziałał zbyt mocno i teraz nie mogę przestać myśleć o tym, że mam jedwabiście gładkie włosy. Z ogromną potrzebą zakupów i planowaniem zmiany fryzury - i wsadźcie sobie ten przesąd dot. obcinania włosów przed maturą. Z mózgiem zawirusowanym pytaniami o przyszłość.

Julia

piątek, 27 stycznia 2012

Kiedyś myślałam, że w przypadku konfliktu o cóż.. głupotę, wystarczy przedstawić spokojnie i w sposób logiczny swój punkt widzenia, pozwolić drugiej stronie przedstawić swój, przemyśleć jeden i drugi i bez niepotrzebnych emocji pogadać i dość do kompromisu lub przynajmniej zrozumienia (jeśli kompromis jest niemożliwy do osiągnięcia).

Dziś jednak okazało się, że definicja kompromisu, którą przekazywano mi w szkole jest błędna. Może sobie istnieć w książkach, ale w prawdziwym życiu kompromis jest wtedy, kiedy przyznasz komuś rację, lub zrobisz to czego chce. Moje argumenty się nie liczą, przecież są błędne (zapisać. zapamiętać).

Wyszło również na to, że logika i spokój też są bez sensu, bo przez przypadek może ci wyjść zbyt ładny, cywilizowany język. "Wybitne teksty", cokolwiek to znaczy. I znów, jak wyżej, po co w ogóle się odzywałam skoro racja jest tylko po jednej stronie.

Przeciwstawianie się woli kilku osób to nie asertywność. To zgrywanie bohatera. (to również radzę zapisać)

Rozumiem, że ktoś może mieć inne poglądy. I że brak zgrania w naszej klasie jest problemem. Że kiedy ktoś ci się przeciwstawia automatyczną reakcją jest złość (ja też na początku zareagowałam przesadnie, przyznaję, refleksja jak zwykle nadjechała z opóźnieniem). Jednak nie jestem w stanie pojąć tego, że ktoś nie przyjmuje do wiadomości, że racja nie zawsze leży po jednej stronie (racje cząstkowe, tak się na to mówi?). Że kiedy trzeba coś wspólnie zorganizować to każdy ma to gdzieś, ale prawdziwą miarą klasowej solidarności są wagary. Że po pierwszej fali gniewu nie da się opanować emocji.

Tak, byłam dziś tą frajerką, która zepsuła klasowe wagary. W dniu, kiedy mieliśmy 4 lekcje, ostatnią - polski, na którym nie było odpytywania, za to p. prof. przekazała nam dość istotne informacje co do planów na po feriach i wyjaśniła ostatnie opowiadanie Borowskiego, które zostało nam do omówienia (moim zdaniem najtrudniejsze do ogarnięcia ze wszystkich, ale jak wiadomo moje zdanie nie ma wartości). Miało nas zostać kilka osób - było kilkanaście. Pech chciał, że wychowawczyni wpadła coś sprawdzić w dzienniku i postanowiła poinformować rodziców osób, które zwiały o mało tajemniczym zniknięciu ich dorosłych dzieci na przerwie między 3 a 4 godziną lekcyjną. Nie należy ona raczej do fanek zrywania się w 3 klasie z maturalnego przedmiotu na 3 miesiące przed egzaminami (szczególnie jeśli jej klasa nie objawia raczej swego geniuszu w dziedzinie języka ojczystego). Jej metoda walki z tym nie jest może zbyt efektywna, za to świetnie utwierdza wszystkich w przekonaniu, iż są traktowani jak dzieci (co oczywiście raczej nie cieszy dumnych posiadaczy dowodów osobistych).

 

A jeśli chodzi o pozytywne aspekty dzisiejszego dnia to stwierdzam, że krótkie spotkanie z muzyką kubańską było całkiem dobrym pomysłem na spędzenie wieczoru. Pocieszni wykonawcy, rytmy pełne słońca i nieudolne próby tańczenia tak jak prezentowała pani Wielka Miłośniczka Kuby - taaak, tego było mi trzeba. No i ekspresowe zakupy z chłopcami czyli kurs "jak w możliwie jak najkrótszym czasie oblecieć wszystkie sklepy i stwierdzić, że nie ma ładnych koszul".

 

A. zwana D. mistrz kierownicy.

 

Julia

Tagi: piątek
22:49, juzia93 , codzienne
Link Komentarze (6) »
czwartek, 19 stycznia 2012

Dlaczego Carlos piszczy kiedy kaszlę?

a) wyraża w ten sposób swoją troskę

b) daje wyraz swojemu niezadowoleniu spowodowanemu faktem, iż przeszkadzam mu w spaniu

c) nie wiadomo, ale to przesłodkie

 

tak sobie myślę...

Julia

wtorek, 17 stycznia 2012

Dzisiejszy dzień sprowadzał się głównie do upojnych chwil w łóżku... z notatkami na sprawdzian z angielskiego. Przynajmniej taka jest wersja oficjalna (każdy kto mnie zna dobrze wie, że skoro wczoraj wieczorem wyszły nowe odcinki Gossip Girl i HIMYM i jestem mistrzynią marnowania czasu to hmm... no cóż). Ale czuję się rozgrzeszona skoro w ogóle to ruszyłam (a tak było!). Poza tym zaliczyłam małą wyprawę do sklepu, poczyniłam pierwszy krok w kierunku założenia sobie konta, zmieniłam antywirusa  i właściwie... to tyle.

żeby nie było, że nie piszę

Julia


1. Zdjęcie zmuszona byłam przyciąć żeby nie ujawnić twarzy kogoś kto by sobie tego nie życzył. A zaokrąglone rogi to już inwencja własna.

2. Nacieszcie oczy, bo ta fotka długo tu nie zostanie.

3. Moje łydki normalnie tak nie wyglądają. Chyba.

4. Uśmiechnięty tyłek rządzi!

5. Ciekawe czy to my pomyliliśmy kroki czy para obok?

poniedziałek, 16 stycznia 2012

No niech wam będzie. O studniówce słów kilka.

Nie zawaliłam poloneza.

Oficjalne zdjęcia klasowe były robione bez sensu.

DJ marny.

Nasz stół miał dobrą lokalizację jeśli chodzi o oddalenie od grona pedagogicznego, ale tragiczną jeśli chodzi o jedzenie.

Żadna dziewczyna nie miała takiej sukienki jak ja.

Nauczyciele śmiesznie tańczą. Szczególnie ci bardziej "radośni".

K. przed polonezem z p. prof. był kłębkiem nerwów, po wyglądał jak ofiara wypadku w ciężkim szoku.

Już przed wyjściem zaczęło mnie męczyć oko, z czasem do kłucia doszedł ból i ostatecznie podczas imprezy spędziłam gdzieś z 2,5h próbując wypłakać to coś co mi do niego wlazło. W międzyczasie zdążyłam się już załamać, próbować wezwać transport do domu (a nie było jeszcze północy) oraz zebrać sobie grupę wsparcia (no dobra, to dzieło D.). Po całej tej walce z płonącym czerwienią okiem olałam już poprawianie makijażu tak więc do rana siedziałam z mordką naturalną jak tylko to możliwe.

Fryzura powstała przypadkiem, utrzymała się całą noc i nawet zebrała ze dwie pochwały.

O wiele lepiej tańczy mi się kiedy jest mniej znajomych.

Kupione rano na polecenie Mamity buty zostawiłam w domu, gdyż po powrocie z pracy przypomniała sobie, że ma takie jedne, które lepiej komponowałyby się z sukienką.

Pulchne dziewczyny nie powinny nosić kiecek bez pleców. Jakiekolwiek nie powinny nosić takich, które kończą się ledwo za tyłkiem.

W czasach Jane Austen te wszystkie ich intrygi wywodziły się chyba z nudy na balach i innych nasiadówach. Nas też to dopadło, G. padł ofiarą naszych durnych pomysłów (tzn. mój był dobry, ale jak się reszta dołączyła stał się durny). Ale ma dobre serce więc nam wybaczy.

Jeśli chodzi o zdjęcia to jestem na niewielu, z powodów oczywistych. Z poloneza pozostało mi np. zdjęcie na którym sukienka ułożyła mi się tak, że mój tyłek wygląda jakby się uśmiechał.

Opcja powrotu do domu najpierw była, ale jakoś zniknęła. Na szczęście wystarczyło przerzucić K. do drugiego auta i znalazło się miejsce i dla mnie. A on przynajmniej się wyspał. W bardzo komfortowych warunkach.

W sobotę spałam. W niedzielę nadrabiałam angielski i byłam w teatrze. Sami rozumiecie, czasu nie było. A Hamlet bardzo oryginalny. Oj baaardzo.

co jeszcze chcielibyście wiedzieć?

Julia

czwartek, 12 stycznia 2012

Nie będę miała sztucznej opalenizny czy tipsów. Włosy ułożę sobie sama, z makijażem też raczej dam radę. Gdy ktoś zobaczy później zdjęcia nie usłyszę "wow, nie poznałabym cię, wyglądałaś pięknie" (co ogólnie uznawane jest za komplement, jak dla mnie ma posmak jednak lekkiej wbity). Będę wyglądała jak ja, taki jest plan. I nie wywalę masy pieniędzy na jeden wieczór, ten niby "wyjątkowy i niezapomniany". Zaliczę swoją wpadkę (lub 2, ewentualnie 7) przy polonezie, poświecę udem prezentując podwiązkę, pozachwycam się tyłkiem mojego mężczyzny w spodniach od garnituru, znienawidzę wynalazcę butów na obcasie i potańczę na tej "najważniejszej potańcówce życia". No ok, jeśli wszystko dobrze pójdzie to będę również dobrze się bawić, pomimo aktualnego sceptycyzmu.

W planach na jutro nie mam szkoły, tak jakoś wyszło. Wyśpię się porządnie, obejrzę seriale, których odcinki wychodzą dziś wieczorem... O sukienkę nie muszę się już martwić - po poprawkach cioci i maniakalnym trzykrotnym prasowaniu Mamity nie może już wyglądać lepiej. Nie mam co prawda butów (tzn. mam, ale nie mam, skomplikowana sprawa), ale ten problem jakoś rozwiążę.

Ah, no i zgodnie z rozpiską mamy ponoć jutro kolędę. Fantastycznie, nie? W sumie utalentowany artystycznie ksiądz rozwiązałby mój "problem" w kwestii braku makijażystki.

Szykuje się bardzo dziwny dzień.

Julia

PS. odebrałam dowód. za 3 podejściem. w końcu.

wtorek, 10 stycznia 2012

Hmm... to o czym by tu... Nie o studniówce, bo ten temat już wybitnie mi się przejadł. O szkole nic ciekawego też raczej nie mam do napisania - ot, nudy, sennie i niekończąca się inwencja grona pedagogicznego w temacie uprzyjemniania naszej egzystencji. Hmm...

Oficjalnie mogę zdiagnozować u siebie (jak również u mojego cudownego mężczyzny) silne uzależnienie od scrabbli. W moim przypadku motywowane faktem, że częste wygrywanie sprawia mi dużo przyjemności i ogólnie pochwalam wszelkie inicjatywy odciągające mnie od nauki, w jego natomiast chęcią przypomnienia mi co to znaczy porażka (przyzwyczajony, że w wielu sprawach nade mną góruje ciężko znosi moje zwycięstwa, zwłaszcza, że ich natężenie jest ostatnio dość imponujące).

Jutro robię drugie podejście do odbioru dowodu - w poniedziałek oczywiście jeszcze go nie było, a jak już chyba wspominałam, troszkę mi się spieszy. Przy tej okazji chciałam zauważyć pewien zabawny fakt. Otóż, zapewne mając na uwadze komfort petentów, urząd mojego miasta zapewnił nam specjalnego pracownika odpowiedzialnego tylko i wyłącznie za wydawanie dowodów osobistych. Ma swoje okienko, biurko i komputer i zapewne kupę roboty z wymienianiem świstków na plastik. Można by zrozumieć gdyby w skład jego kompetencji wchodziło jeszcze przyjmowanie wniosków, ale nie, od tego są dwie inne osoby. Albo gdyby moje miasto było jakieś ogromne i miało nieprawdopodobnie dużą liczbę mieszkańców z tendencją do ciągłych przeprowadzek - wtedy zatrudnienie mniejszej liczby osób mogłoby ewentualnie, przy wyjątkowo niekorzystnym wietrze, doprowadzić do tego, że przed złożeniem wniosku trzeba by odczekać 2 minuty w kolejce. Na szczęście jednak nasi przezorni urzędnicy zadbali o to by uniknąć niemożliwego, dokonując równocześnie wspaniałego wkładu w zmniejszanie bezrobocia. :zachwyt:

Eh, padam, a tu jeszcze trzeba koty z łóżka wygonić (uparcie co wieczór kładą się u mnie licząc, że pozwolę im zostać - tak jest od soboty/niedzieli kiedy to nocowałam poza domem i kociaki urządziły sobie w tym czasie w moim pokoju dziką imprezę). I właściwie to może by się na coś pouczyć... Nie, to chyba nie. Może rano?

puff

Julia

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Gry Online
Fight World Hunger