|
Blog > Komentarze do wpisu
porque negra tengo el almaKiedyś myślałam, że w przypadku konfliktu o cóż.. głupotę, wystarczy przedstawić spokojnie i w sposób logiczny swój punkt widzenia, pozwolić drugiej stronie przedstawić swój, przemyśleć jeden i drugi i bez niepotrzebnych emocji pogadać i dość do kompromisu lub przynajmniej zrozumienia (jeśli kompromis jest niemożliwy do osiągnięcia). Dziś jednak okazało się, że definicja kompromisu, którą przekazywano mi w szkole jest błędna. Może sobie istnieć w książkach, ale w prawdziwym życiu kompromis jest wtedy, kiedy przyznasz komuś rację, lub zrobisz to czego chce. Moje argumenty się nie liczą, przecież są błędne (zapisać. zapamiętać). Wyszło również na to, że logika i spokój też są bez sensu, bo przez przypadek może ci wyjść zbyt ładny, cywilizowany język. "Wybitne teksty", cokolwiek to znaczy. I znów, jak wyżej, po co w ogóle się odzywałam skoro racja jest tylko po jednej stronie. Przeciwstawianie się woli kilku osób to nie asertywność. To zgrywanie bohatera. (to również radzę zapisać) Rozumiem, że ktoś może mieć inne poglądy. I że brak zgrania w naszej klasie jest problemem. Że kiedy ktoś ci się przeciwstawia automatyczną reakcją jest złość (ja też na początku zareagowałam przesadnie, przyznaję, refleksja jak zwykle nadjechała z opóźnieniem). Jednak nie jestem w stanie pojąć tego, że ktoś nie przyjmuje do wiadomości, że racja nie zawsze leży po jednej stronie (racje cząstkowe, tak się na to mówi?). Że kiedy trzeba coś wspólnie zorganizować to każdy ma to gdzieś, ale prawdziwą miarą klasowej solidarności są wagary. Że po pierwszej fali gniewu nie da się opanować emocji. Tak, byłam dziś tą frajerką, która zepsuła klasowe wagary. W dniu, kiedy mieliśmy 4 lekcje, ostatnią - polski, na którym nie było odpytywania, za to p. prof. przekazała nam dość istotne informacje co do planów na po feriach i wyjaśniła ostatnie opowiadanie Borowskiego, które zostało nam do omówienia (moim zdaniem najtrudniejsze do ogarnięcia ze wszystkich, ale jak wiadomo moje zdanie nie ma wartości). Miało nas zostać kilka osób - było kilkanaście. Pech chciał, że wychowawczyni wpadła coś sprawdzić w dzienniku i postanowiła poinformować rodziców osób, które zwiały o mało tajemniczym zniknięciu ich dorosłych dzieci na przerwie między 3 a 4 godziną lekcyjną. Nie należy ona raczej do fanek zrywania się w 3 klasie z maturalnego przedmiotu na 3 miesiące przed egzaminami (szczególnie jeśli jej klasa nie objawia raczej swego geniuszu w dziedzinie języka ojczystego). Jej metoda walki z tym nie jest może zbyt efektywna, za to świetnie utwierdza wszystkich w przekonaniu, iż są traktowani jak dzieci (co oczywiście raczej nie cieszy dumnych posiadaczy dowodów osobistych).
A jeśli chodzi o pozytywne aspekty dzisiejszego dnia to stwierdzam, że krótkie spotkanie z muzyką kubańską było całkiem dobrym pomysłem na spędzenie wieczoru. Pocieszni wykonawcy, rytmy pełne słońca i nieudolne próby tańczenia tak jak prezentowała pani Wielka Miłośniczka Kuby - taaak, tego było mi trzeba. No i ekspresowe zakupy z chłopcami czyli kurs "jak w możliwie jak najkrótszym czasie oblecieć wszystkie sklepy i stwierdzić, że nie ma ładnych koszul".
A. zwana D. mistrz kierownicy.
Julia piątek, 27 stycznia 2012, juzia93
Tagi:
piątek
TrackBack
|
![]() |